czwartek, 20 sierpnia 2009
Boję się swoich powrotów
Cóż, czując zaciskające się na mojej szyi obleśne łapska zimnego przerażenia powoli zdaję sobie sprawę, że to koniec. Czeka mnie przeprawa przez miejską dżunglę o zmroku, a wiąże się to ryzykiem pobicia ze skutkiem śmiertelnym. Szansa na dotarcie w całości do celu bliska jest zeru. Zaraz, może zero to nie tak mało? Może akurat się uda. Przejdę Kolejową, potem Piłsudskiego i jakoś dojdę...
Nie dojdę. Nawet nie wiem, komu kibicują zakapturzeni dżentelmeni z Dyrekcji.
Przez mój mózg w błyskawicznym tempie przewija się klisza z mnogością opcji: taksówka! Nie mam pieniędzy. Zadzwoń od kogoś znajomego! Jestem sam. Może ktoś mieszka w pobliżu! Tak, mieszka, szkoda, że nie znam żadnego adresu.
Cholera jasna.
Jestem absolutnie bez szans. Doszedłszy do wniosku, że w żaden racjonalny sposób nie jestem sobie w stanie pomóc, uciekam się do metod nieracjonalnych. Zaraz, kto jest patronem tych, którym uciekł autobus? Święty Krzysztof? Andrzej? Stanisław? Gerwazy? Nieważne. Modlę się po cichu do kogokolwiek, wątpiąc, czy ktokolwiek mnie wysłucha. Boże, masz szansę udowodnić, że istniejesz. No, czemu nic nie robisz? Nagle spoglądam na przeciwną stronę szosy. Czemu od razu go nie zauważyłem?
Mój Anioł Stróż idzie spokojnym krokiem, wyróżniając się lekką poświatą od postępującego zmierzchu. W zasadzie wypadałoby mówić o nim „ona”, ale z drugiej strony anioł to anioł. Ubrał się jakoś dziwacznie: w długi, czarny płaszcz i zupełnie mu nie przystojące dżinsy. Skrzydła zamiatają chodnik, wzniecając gdzieniegdzie kurz. Nie to się jednak teraz liczy: jestem uratowany!
-Aniele! – wołam.
Nie słyszy mnie. Przebiegam jezdnię, cudem tylko unikając zderzenia z czarną wołgą. Wypowiadam jego imię jeszcze raz. Odwraca się. Uff
Przedstawiam mu swoje tragiczne położenie. On, jak zwykle uśmiecha się dobrotliwie i wyciąga z kieszeni swoją niezniszczalną, przedpotopową komórkę. Wpisuję zbawczy numer, dzwonię.
-Cześć tato. Uciekł mi ostatni autobus, a jest już późno. Może... mógłbyś po mnie przyjechać?
-Nie.
No to pięknie! Jestem w absolutnej kropce. Przegrałem. To już naprawdę koniec. Zaczynam widzieć oczami wyobraźni nagłówki gazet: „Zmasakrowany za garść drobniaków” (dwa złote piętnaście groszy, aby być ścisłym), „Straszna śmierć nastolatka” i tym podobne.
-Hm, może cię podprowadzę – mówi nagle Anioł.
Po co mnie będziesz podprowadzał, przecież mnie zabij... Zaraz, co on powiedział? Podprowadzi mnie? Cud?
Cud! Będę żył! Słyszę, jak aparatura szpitalna przechodzi z jednostajnego „piiiiip” na miarowe „pip, pip, pip”. Jak w „Na dobre i na złe”.
-Tylko wezmę psa na spacer. Mieszka tutaj obok, obiecałam mu. – dodaje.
-Oczywiście.
Pies rzeczywiście mieszka niedaleko. Mój towarzysz znika na chwilę w sporym budynku, po czym wychodzi razem z kudłatym kundlem. Kundel ów, kroczący dumnie na tylnych łapach, przedstawia się niewyraźnie. Słyszę coś w stylu „Karol”, ale głowy nie dam sobie uciąć. No tak, ale to tylko psina.
Ruszamy razem ciemniejącymi już ulicami Chełma. Po prawej stronie widać jeszcze tylko piękne niebo. Słońce, zachodząc, nie zwinęło całkiem interesu i zostawiło na chmurach złotawe ślady, które ślicznie komponują się z bladoniebieskim jeszcze niebem. Cudeńko doprawdy.
A teraz wyobraźcie sobie dziwną trójcę, złożoną z człowieka, psa i Anioła Stróża, idącą powoli długą Kolejową ku odległemu domowi. Wyobraźcie sobie też, że rozmawiają ze sobą o wszystkich ludzkich, psich i anielskich sprawach i że przynajmniej jedno z nich jest w tej chwili naprawdę szczęśliwe.
I to nie tylko dlatego, że uniknęło strasznej śmierci z rąk ubranych w dresy oprawców.
wtorek, 18 sierpnia 2009
Łazarz - historia prawdziwa

środa, 12 sierpnia 2009
I Ty, Brutusie, przeciw mnie
Te słowa Juliusza Cezara zna chyba każdy. Nic tak pięknie nie wieńczy życia jak udane ostatnie zdanie. Zastanawialiście się kiedyś, co powiecie, nim obleśny kościotrup z kosą wreszcie was dopadnie? Warto to przemyśleć, by potomni mieli co wpisywać do książek ze złotymi myślami.
Możliwości jest naprawdę wiele. Przedśmiertne popisy krasomówcze mogą przybierać rozmaite formy. I tak zdarzają się wzniosłe, pełne patosu, mądre, inteligentne, zabawne, śmieszne czy nawet zwyczajnie głupie. Możecie wręcz przebierać wśród rozmaitych pomysłów na pożegnanie ze światem. Aby nieco ułatwić wam to ważkie zadanie, podam kilka propozycji.
Jesteście zapewne, moi drodzy, osobami mądrymi, a przynajmniej niegłupimi. Chcielibyście na koniec rzec coś ważnego, szczerego i odkrywczego, prawda? Nic prostszego, wystarczy brać przykład z innych. Taki na przykład Heinrich Himmler. W życiu do niczego wielkiego może nie doszedł, ale ostatnie słowa („jestem Heinrich Himmler”) aż tchnęły prawdą i głębią. Może nawet to najprawdziwsze zdanie, jakie kiedykolwiek powiedział? Macie także szansę popisać się jak André Chénier pod gilotyną, który pokazując na swą głowę rzekł: „a przecież miałem tam coś!”. Nawet czasu użył dobrego.
Tak, te słowa zasługują na podziw. Innym już nie poszło tak dobrze. Kaligula, wypowiadając słynne „żyję!” w momencie śmierci w najlepszym razie rozminął się z prawdą, podobnie jak John Sedgwick, kapitan wojsk Unii w czasie amerykańskiej wojny secesyjnej. Jego czcze przechwałki („nie trafiliby w słonia z tej odleg...”) były zdecydowanie na wyrost. Słowacki może i wielkim poetą był, ale również stanowczo nie docenił starej, poczciwej kostuchy („może to w tym położeniu śmierć mnie zastanie”). Tych panów nie naśladujcie.
Niektórzy nawet w obliczu rychłego końca zgrywają twardzieli i robią dobrą minę do zdecydowanie złej gry. Mimo, że zgon to naprawdę kiepski czas na żarty, Voltaire sobie na nie pozwolił.. Zapytany przez księdza, czy wyrzeka się szatana, odparł: „spokojnie, dobry człowieku, to nie czas na robienie sobie wrogów”. Głupota, nie? A wroga i tak sobie zrobił – w osobie kapelana. Podobnie kpiarski ton przybrał Heine, wypowiadając słynne „Bóg mi wybaczy, to Jego fach”. Zapomniał chyba, że fachem pewnego rogatego, kosmatego osobnika jest smażenie takich cwaniaczków w ogniu piekielnym.
Nie, zdecydowanie nie bierzcie z nich przykładu. Wiem, że Karol Marks to może kiepski wzór do naśladowania, ale jego przedśmiertne wersy brzmią wcale niegłupio: „ostatnie słowa są dla głupców, którzy nie powiedzieli wystarczająco wiele”. Tak, warto to przemyśleć. Jeśli jednak się z tym nie zgadzacie, jest jeszcze jedna propozycja – wymowne, idealnie oddające istotę rzeczy pożegnalne „do dupy” Agnieszki Osieckiej.
wtorek, 11 sierpnia 2009
W obronie czystego rozumu
Tak jest niestety wszędzie. Każda strona powiela niemal dosłownie fragment wikipedii, gdzieniegdzie tylko dodanych jest kilka nowych informacji. Wyszukiwarka wyświetla zaś całe mnóstwo forów poświęconych paranaukowemu spojrzeniu na sprawę, gdzie ludzie z zerowym wykształceniem mieszają w głowach łatwowiernym polskim internautom. Dziwi mnie przy tym, że na czołowym polskim portalu racjonalistycznym (www.racjonalista.pl) nie ma o sprawie niemal ani słowa.
Z literaturą jest podobnie - dzieła naukowców zajmujących się kwestią OOBE (w tym Susan Blackmore, najważniejszego chyba badacza tego zjawiska) nie została wydana po polsku. Nikt też nie zajął się translacją sporego raportu na ten temat, który możecie znaleźć tu - http://www.brain.web-us.com/oobe/oobe.htm .
I jak się potem dziwić, że rzesza młodych ludzi daje wiarę bajkom o projekcjach astralnych, wychodzeniom dusz z ciał i innym? Wystarczyłby jeden choćby rzetelny, naukowy portal zajmujący się zagadnieniem, by zredukować liczbę nieuświadomionych.
A tak niewielu "OOBE-maniaków" może się dowiedzieć, że efekt OOBE możne uzyskać bez problemu w laboratorium (eksperyment Ehrssona - www.racjonalista.pl/index.php/s,38/d,12/t,12558) lub przy pomocy ketaminy, morfiny, eteru, chloroformu i innych środków psychoaktywnych, co absolutnie podważa ich pozamaterialną proweniencję. Niewielu też wie, że historie o opisywaniu przez opuszczających ciało miejsc, w których nigdy nie byli, jest bzdurą. Osoby twierdzące, że tego doświadczyły, poddano badaniu. W żadnym z przypadków nie potwierdzono zajścia takiego zjawiska.
Wiem, jestem naiwny. Można człowiekowi podetknąć pod nos rzetelne opracowania naukowe, a on i tak będzie wierzył w to, co wmawiają mu rozmaite wróżki, paranaukowcy pokroju Roberta Monroe'a i inni oszući. Takim jednak możemy już tylko współczuć.
Współczuć i robić wszystko, by rzucić trochę światła na tę ostoję ciemnogrodu.
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Zerwane więzi
Wychodząc z kościoła słyszę nagle za sobą dwa słowa: "Chełm" i "Czarnieckiego" wypowiedziane z wyraźnym ukraińskim akcentem. Odwracam się - w końcu oba wyrazy są mi w jakiś sposób bliskie - i widzę staruszkę, zagadującą kobiety z naszej wycieczki. Wygląda na to, że te nie są w stanie jej pomóc, nie są stamtąd... Podchodzę i mówię, że wiem, gdzie to jest. Przecież tam znajduje się moja szkoła.
Okazuje się, że na tej właśnie ulicy mieszka jej koleżanka, jeszcze z lat szkolnych. Sprzed wojny. Ona sama jest Ukrainką, mieszkała w Ostrogu, ale zmieniła adres. Chciała, by poinformować znajomą o swojej przeprowadzce i poprosić ją, by napisała do niej. Na egzemplarzu "Wołania z Wołynia" pisze mi adres (którego nie jest pewna). Mówi, że będąc kiedyś w Chełmie nie potrafiła znaleźć tego miejsca.
Nie do końca rozumiejąc, czemu sama nie napisze, biorę od niej wszystkie dane i obiecuję odnaleźć panią Jadwigę - bo tak ma na imię jej dawna towarzyszka.
Obietnicę realizuję od razu następnego dnia. Poszukiwana mieszka w bloku niedaleko liceum. Mieszkanie ma bardzo ładnie umeblowane. Sama wygląda jednak na ciężko chorą i słabą. Wysłuchuje mnie jednak z radością. Mówi, że pisała na stary adres, a nie uzyskawszy odpowiedzi zrezygnowała. Zapisuje więc nowy, chce do niej napisać raz jeszcze. Dziękuje mi. Wychodzę.
Rozdzieliła je jedna wojna światowa, prawdopodobnie dwa systemy totalitarne, nienawiść dwóch narodów, polityka wielkich mocarstw, przesunięcie granic, niemal pół wieku władzy komunistycznej. I do tego rzecz tak trywialna, jak zmiana miejsca zamieszkania.
A wystarczył jeden przypadkowy człowiek i jeden dzień, by wszystko to naprawić.
piątek, 7 sierpnia 2009
Zdziwaczenie
Najlepiej z dnia na dzień. Na przykład: we wtorek być jeszcze kimś w miarę normalnym, a w środę już w normie absolutnie się nie mieścić. Albo zmienić się z trzydziestego pierwszego grudnia na pierwszego stycznia - przywitać nowy rok we wdzianku dziwaka. Jest to opcja idealna: metamorfoza trwająca dłużej mogłaby nie być niczym niestandardowym.
Na czym zaś miałoby polegać to przeobrażenie? No cóż, opcji jest wiele. Można na przykład zacząć ubierać się wyłącznie na zielono, nosić wielki cylinder, powtarzać "czy zanosi się na deszcz?" przy pięknej pogodzie i pisywać dziwaczne opowiadanka. Można też chodzić wyłącznie po krawężnikach, zbiegać po zjazdach dla wózków, zamiast po schodach, rozpoczynać rozmowy z zupełnie obcymi ludźmi i jeść zupę widelcem (lub kotlety łyżką). Tak, panuje tu duża dowolność.
A jaki by miało mieć to sens? W zasadzie żaden konkretny. Nie przyniesie to krociowych zysków, powodzenia u kobiet i szczęścia w kartach. Pomoże nam jedynie odciąć się od świata, patrzeć na wszystko z pewną dozą dystansu i śmiać się ze wszystkiego, co w innym przypadku było by straszne.
Najlepiej więc zacząć od jutra.
sobota, 1 sierpnia 2009
O ocenie Powstania Warszawskiego
Jak to zawsze z okazji 1 sierpnia, nie ma chyba portalu, na którym nie pojawiłyby się specjalne, związane w nim zakładki tematyczne. Jedna z nich, znaleziona na Onecie, zaciekawiła mnie bardziej niż inne.
Nie był to tekst historyka, wspomnienia uczestnika czy wypowiedź znanej osoby na ten temat (choć i takie się zdarzały). Nie, był to pewnego rodzaju zbiór opinii internautów o Powstaniu Warszawskim.
Piszę o tym przede wszystkim ze względu na poruszone w poprzedniej notce zagadnienie - dziwnej potrzeby ludzi do posiadania zdania na każde zjawisko, idee i wydarzenie.
I tak możemy dowiedzieć się, że powstanie zdecydowanie trzeba potępić - to "krwawy show", który niepotrzebnie pochłonął życie 200 tys. ofiar (wg. najnowszych badać maksymalnie 180, ale kto by patrzył na ostatnie dane?). Przywódcy to oczywiście idioci, ludzie, którzy rzucili do boju swych żołnierzy w walce o z góry przegraną sprawę.
Zdarzają się też opinie odwrotne, określające ten zryw jako jedną z najpiękniejszych kart polskiej historii, obraz naszego bohaterstwa, patriotyzmu i waleczności.
Jasne, żyjemy w wolnym kraju i każdy ma prawo do własnego zdania na temat tamtych wydarzeń. Nie widzę tu jednak związku między "prawem" a "sensem". Wątpię, by którykolwiek z wypowiadających się miał wystarczającą wiedzę historyczną, która pozwoliłaby mu na jednoznaczną ocenę. Jestem niemal pewien, że nikt nie wyrobił sobie opinii na podstawie wszystkich możliwych źródeł.
Nawet jeśli było inaczej - tak naprawdę do dziś nie wiemy wielu rzeczy. Co myślał sobie gen. Bór, dając rozkaz do walki, jak ocenił szanse na powodzenie, czy spodziewał się tak dziwnej reakcji Sowietów? I co czuli mieszkańcy po pięciu latach łapanek, egzekucji, wywózek do obozów, Gestapo i zupełnego ograniczenia wolności? Wybuch takiego zrywu nie jest kwestią wyłącznie polityczno-historyczną, tak samo ważna jest też socjologia i psychologia.
Dopiero w takim ujęciu można starać się o wydanie opinii na temat Powstania. Jest jednak niemal pewne, że nie będzie to, jak by chcieli niektórzy, ocena jednoznaczna.
Świat na szczęście nie jest czarno-biały.