poniedziałek, 18 stycznia 2010

Dagerotyp



Światło w przedziale co jakiś czas gaśnie i twarz siedzącej naprzeciw mnie kobiety co rusz osuwa się w ciemność. Trwa to kilka sekund. W mroku widzę tylko, jak podnosi głowę znad książki – zapewne wpatruje się niecierpliwie w zepsutą świetlówkę. Po chwili jasność wraca i moja towarzyszka podróży wraca do lektury.
Staram się niepostrzeżenie oderwać delikatną powłokę dziewczyny od rzeczywistości, nadać jej odpowiedni odcień i zamknąć raz na zawsze w słowach. Wpatrując się w skupioną twarz zastanawiam się, co wziąć, a co pozostawić.

Pominę z pewnością kilka niedoskonałości jej bladej cery (zupełnie niepotrzebnych), lekko skrzywiony grymas twarzy i źle nałożony makijaż. Nie przeniosę też tytułu książki – jakiegoś tandetnego romansidła – a włożę jej w dłoń krótkie opowiadanie, nabokovski „Nabór”.

Rozmyję w opisie granatową spódnicę i białą bluzkę, umieszczając jedynie zwięzłą wzmiankę o błękitnej, zwiewnej sukience (zabieg ten będzie wymagał usunięcia zza okna lśniącego śniegiem zimowego zmierzchu i zastąpienia go ciemnością letniej nocy, ale to nic). Ustawię zaś ostrość na twarz: niebieskie (nieco rozjaśnione) oczy i uśmiechające się co jakiś czas usta.

Odmówię miejsca w przedziale młodemu, ogolonemu na jeża jegomościowi, który ze swoją nijakością wydaje się kompozycyjnie bezużyteczny. Babci, siedzącej koło niebieskookiej, odbiorę gazetę popołudniową i delikatnie złożę w jej pomarszczonych dłoniach najbardziej babciny atrybut – prolog do robionego na drutach szaliczka.

Konduktora, który właśnie wsunął do środka przedziału swą konduktorską twarz, nauczę dobrych manier. Przyciszę trzask towarzyszący rozsuwaniu oszklonych drzwi. Zastąpię jego kanciastą w formie ”kontrolę biletów, dobry wieczór” bardziej ludzkim „witam, bileciki były już sprawdzane?”. Odpowiedź – zbiorowy pomruk - przekształcę w wypowiedziane z uśmiechem „tak” dziewczyny.

Z kilku zaś przypadkowych, pozbawionych wyrazu i znaczenia kontaktów wzrokowych z nieznajomą utkam sieć uśmiechów i przelotnych spojrzeń. I oczywiście przedłużę nieco wypływającą z zepsutej świetlówki ciemność, by pozwolić tajemnicy na jej tajemnicze działanie.

I nagle, w połowie aktu tworzenia, dziewczyna niespodziewanie wstaje z miejsca. Moja wyobraźnia nie jest w stanie za nią nadążyć. Rozpływa się w powietrzu błękitna sukienka, opowiadanie trzymane w dłoni znów staje się tanim romansidłem. Przy drzwiach materializuje się bezbarwny jegomość, a śnieg tryumfalnie powraca na należne mu miejsce za oknem. Jedynie babcina robótka, która zdążyła się niepostrzeżenie przystroić w szaty rzeczywistości, nadal tkwi tam, gdzie ją pozostawiłem.

Niebieskooka sięga na półkę po bagaż. Dalej wszystko dzieje się szybko – nakłada płaszcz i wychodzi, pozostawiając po sobie zapach tanich perfum i pożegnalne „dobranoc”. Znika w mrocznej czeluści pochłaniającej ludzi, których właśnie widzieliśmy po raz ostatni. Ale ja już uwieczniłem ją, niczym na dagerotypie, gdzieś pomiędzy światłem w przedziale a ostatnią kropką.





(Panią w niebieskiej sukience pożyczyłem z obrazu Cézanne'a, może się nie obrazi)

środa, 13 stycznia 2010

Wariatka


Zawsze marzyłem o wariatce. Zawsze. Zupełnie nienormalnej, zwariowanej wariatce. Kimś, kto patrzy na świat przez okulary swojego obłędu i w żaden sposób nie dostrzega brzydoty tego świata. Oczywiście mam na myśli przyjaciółkę w osobie takiego postrzeleńca, stały związek z kimś takim sprowadziłby szaleństwo do rutyny.

Marzenia, wbrew temu, co sądzą ci paskudni paszkwilanci, spełniają się. Poznałem moją Lily w sierpniowe popołudnie. Szedłem właśnie do pracy, gdy ujrzałem jej kochaną postać. Stała przy miejskiej fontannie, ubrana w długą, srebrzystą spódnicę, zwiewną, jedwabną koszulę i jaskrawofioletowy płaszcz zwisający jej do ramion.
- Dzień dobry, panu – powiedziała, gdy tylko mnie zobaczyła – Nazywam się Lily. Jestem tą… No, sam pan wie, z pana marzeń.
- Wariatką – wypaliłem głupio i od razu poczułem się jak kretyn. Zapewne zauważyła moje zmieszanie i odezwała się znowu:
- Ależ proszę się nie przejmować. Ja naprawdę jestem tą, no…
- Wariatką.
- No właśnie. Pójdziemy gdzieś?
- Do parku?
- No, na przykład.

Poszliśmy więc do parku. Całą drogą nie odezwała się do mnie niemal ani słowem. Była niemal mojego wzrostu. Wyglądała także na równą mi wiekiem. Nie przyglądałem się jej jednak zbyt pilnie, dziwnie rozanielony całą tą sytuacją.
Gdy doszliśmy na miejsce, siedliśmy na ławce.
- Dlaczego marzył pan akurat o…? – zapytała.
- Nie wiem, proszę pani. Nie miała pani nigdy marzeń, których nie da się uzasadnić?
Zastanowiła się chwilę, po czym odparła:
- W zasadzie miałam. Marzyłam o panu.
- Dlaczego marzyła pani akurat o mnie?
- Nie wiem, proszę pana.

Milczeliśmy przez jakiś czas. Miałem sposobność przyjrzeć się dobrze jej twarzy. Miała lekko dziecinne rysy, jej wielkie, niebieskie oczy patrzyły na mnie z jakąś nieuchwytną, nieobecną anielskością. Słowem – wariatka. Długie, falowane blond włosy wzmacniały to wrażenie.
- Myślę, że nie musimy mówić sobie per pan i pani. – odezwała się po chwili – W końcu jesteśmy przyjaciółmi.
- Ma pani rację – odrzekłem, po czym poprawiłem się – Masz absolutną rację, Lily.
- Tak, ja jestem Lily. A ty?
Podałem jej swoje imię. Uśmiechnęła się szeroko i powiedziała:
- Idealnie.

Nasze pierwsze spotkanie dobiegło końca. Nie widziałem jej potem przez tydzień. Chciałbym zastrzec, że nie był to tydzień spędzony na tęsknym wyczekiwaniu. Co to, to nie! Wariatka zrobiła na mnie duże wrażenie, nie czułem jednak skłonny do wzdychania i płaczu wtedy, gdy nie dane mi było jej widzieć. To była przyjaźń, nie kochanie.
Zobaczyłem ją po siedmiu dniach. Tym razem karmiła gołębie na skwerku nieopodal rynku. Początkowo nie zwróciła na mnie uwagi. Dopiero gdy podszedłem na kilka kroków, odwróciła głowę, spojrzała mi w oczy i rzekła z wyrzutem:
- Nie zachowujesz się jak prawdziwy przyjaciel!
Poczułem się zupełnie zbity z tropu. O co jej chodzi? Po chwili jednak usłyszałem podszept rozsądku: przecież to świr.
- Czemu uważasz, że nie zachowuję się jak prawdziwy przyjaciel? – zapytałem grzecznie i spokojnie.
- Bo nie było cię przy mnie, gdy byłeś mi potrzebny – odparła, nieco wycofując się z agresywnego tonu.
- Skąd mogłem wiedzieć, że byłem ci potrzebny?
- Przyjaciel zawsze wie, kiedy jest potrzebny.
- No cóż, przepraszam.

Nagle jej twarz rozchmurzyła się i już zupełnie wesoło powiedziała:
- Nie ma sprawy. Ale pomożesz mi teraz, skoro już wiesz?
- Jasne. W czym rzecz?
- Zakochałam się – wypaliła, lekko się rumieniąc.
Zarumieniłem się lekko: o nie, czyżby chodziło o mnie?
- Nie, nie chodzi o ciebie, głuptasie – zganiła mnie wesoło – Zakochałam się w kimś innym.
Uff.
- W kim?
- W Piotrusiu Panu.
A więc to naprawdę jest wariatka.
- I nie m a to żadnego związku z tym, że jestem tą, no wiesz…
- Wariatką. Czy aby na pewno?
- Obrażasz mnie – nagle się zasępiła, opuściła głowę i skryła ją w ramionach. – Tak się nie zachowuje prawdziwy przyjaciel.
- Przepraszam.
- No dobrze. Wybaczam. To naprawdę nie ma nic wspólnego z tym, tam, no… On jest prawdziwy. Nie wymyśliłam go sobie.
Jasne, wymyślił go niejaki James Barry, kochana wariatko – pomyślałem sobie.
- I nie chodzi mi o tego Piotrusia z książki, przyjacielu. Mój jest prawdziwy, nie papierowy. Ma dwadzieścia trzy lata, pracuje w magazynie, kocha mnie, a jego śmiertelnym wrogiem jest Kapitan Hak.
Zupełnie nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
- Jeśli cię kocha, to w czym problem? – wymyśliłem w końcu.
- Jak to, w czym? Jestem zakochana. To wystarczający problem.
- Rzeczywiście. Jak zatem mogę Ci pomóc?
- Posiedź przy mnie.

Siedziałem wtedy przy niej kilka dobrych godzin. Zaniepokoiła mnie pewna myśl: Magazynier, dwadzieścia trzy lata, podaje się za postać z bajki. Jeśli sam nie jest wariatem, może chce skrzywdzić tego mojego anioła? Ona jest absolutnie naiwna. Nie, muszę to sprawdzić.
Zaproponowałem, byśmy spotkali się we trójkę. Ja, ona i on, Piotruś Pan. Zgodziła się. Czas i miejsce spotkania wyznaczyła na dzień następny, o piętnastej, w barze przy magazynach miejskich.

Czekałem na to spotkanie z silnym niepokojem. A co, jeśli jej kochany okaże się zwyrodniałym zboczeńcem, wykorzystującym biedną, chorą dziewczynę? No cóż, jeśli tak jest, na pewno nie zgodzi się mnie poznać. W głębi ducha jednak przeczuwałem, że nie ma się czego bać.
O trzeciej stawiłem się, ubrany w swój najlepszy wyjściowy garnitur, pod umówionym lokalem. Wyglądał on raczej na podrzędną knajpę, niż restaurację z prawdziwego zdarzenia, ale uznałem, że przeboleję.

Nie musiałem długo czekać. Pojawili się oboje, z pięciominutowym opóźnieniem, które usprawiedliwiali spóźnionym zegarkiem.
Piotruś Pan, co stwierdziłem z pewnym zdziwieniem i rozczarowaniem, w istocie był Piotrusiem Panem. Stał oto przede mną młodzieniec, przystrojony w zielone wdzianko i zielony, spiczasty kapelusik z czerwonym piórkiem.
Udałem, że nie robi to na mnie żadnego wrażenia i zaproponowałem:
- Może wejdziemy do środka?
- Oczywiście – odparli niemal jednogłośnie.
Warto odnotować, że Lily była ubrana inaczej niż poprzednio. Fioletowy płaszcz zastąpiła czerwonym, a srebrzystą spódnicę wymieniła na jaskrawozieloną.

Wnętrze baru prezentowało się niewiele lepiej niż jego zewnętrze. Było jednak przynajmniej czysto. Zasiedliśmy przy małym stoliku. Każdy zamówił to, co chciał – ja whisky, Piotruś sok z gumijagód, a Lily ambrozję. Nie muszę dodawać, że tylko moje zamówienie zostało zrealizowane.
- Lily dużo mi o panu opowiadała – odezwał się jako pierwszy Piotruś.
- To miło. Panu też nie szczędziła komplementów.
- Przyjaciel Lily jest moim przyjacielem. Mówmy sobie na ty.
- Dobrze. Mam do ciebie kilka pytań, mogę je zadać?
- Oczywiście.
- Kochasz ą?
- Oczywiście.
- Będziesz się nią opiekował, jak należy?
- Oczywiście.
Uspokoił mnie szczery ton jego wypowiedzi. Pozostało mi zadać ostatnie, najtrudniejsze pytanie.
- Czemu zgrywasz wariata i chodzisz w tym kretyńskim, zielonym wdzianku i udajesz postać z bajki?
Oczekiwałem eksplozji. Ta jednak nie nadeszła. Piotruś, uśmiechając się wesoło, odparł:
- Widzę, że czegoś nie rozumiesz. Ja jestem Piotrusiem Panem.
- Oczywiście. Czy to ma związek z tym, że jesteś tym, no…
- Wariatem? Pewnie tak. Czy to wszystko?
- Oczywiście.

Ucieszyło mnie to spotkanie. Dobrali się jak w korcu maku. Dziwiło mnie tylko to, że takiego dziwaka zatrudniono w magazynie. Przy następnej okazji zapytałem go o to, co może nie było zbyt eleganckie.
- Och, to magazyn zabawek – odparł, uśmiechając się jak zwykle.

Widywałem się z nimi często. Czasami z obojgiem, czasem z samą Lily. Muszę przyznać, że marzenie spełniło się w stu procentach. Dokładnie o takiej wariatce śniłem całe życie. Była najlepszą przyjaciółką, jaką kiedykolwiek miałem.
W końcu stało się to, co nieuniknione. Kilka miesięcy po tamtych wydarzeniach przyszedł do mnie list w ozdobnej kopercie. Zawierał to, co zazwyczaj zawierają listy w ozdobnych kopertach. Był tam jakiś urywek z wiersza, moje nazwisko, data, godzina oraz miejsce planowanego ślubu. Podpisano: Lily i Piotruś Pan. Nareszcie!

Nie mogłem doczekać się uroczystości. Kupiłem na tę okoliczność nowy garnitur, w sklepie RTV wybrałem i nabyłem najlepszy telewizor, na jaki było mnie stać. I w końcu się doczekałem.

Pamiętam jak dziś. Moja droga przyjaciółka w srebrzystej sukni ślubnej, jej wybranek w wyjściowym wdzianku Piotrusia Pana ( w tonacji nieco ciemniejszej zieleni i z białym piórkiem zamiast czerwonego). Stali przede mną, patrząc sobie głęboko w oczy. Prawdę mówiąc byłem jedynym gościem na ich ślubie, reszta osób wypełniających kościół pojawiła się tam z przypadku. Nawet na drugiego świadka wybrano kościelnego.
W końcu powiedzieli sobie tak, pan młody pocałował pannę młodą, a ja wyszedłem na zewnątrz, by przysposobić się do sypania ryżu. Gdy obydwoje przestąpili próg świątyni, a suknia Lily zaiskrzyła się pod złocistymi promieniami zachodzącego słońca, stała się największa tragedia mojego życia.

Niczego, co nastąpiło potem, nie jestem do końca pewien. Pamiętam jednak, że wyszedł zza rogu kościoła, ze szpadą u boku i nienawiścią w oczach. Długa, zwichrzona czarna broda nadawała jego twarzy zupełnie nierealny charakter.
Piotruś jakby przeczuł jego obecność. Odwrócił się w tamtą stronę, a wraz z nim odwróciła się i Lily.
- Zatem znów się widzimy – powiedział, blednąc.
- Nie mów, że się tego nie spodziewałeś – odparł tamten, cedząc każde słowo przez zęby – Każda bajka tak się kończy. Zawsze.
Na twarzy Piotrusia pojawił się uśmiech bezbrzeżnego smutku. Tak, wtedy odkryłem, że uśmiech może być smutny.
- Spodziewałem się tego. Tylko… Nie teraz.
Nienawiść w oczach obcego zniknęła w jednej chwili.
- To głupie, nie?
- Najgłupsze.
- Nawet nie wiecie, jak bardzo chciałbym iść teraz obok was jako świadek. I rozpłynąć się w błogiej mgiełce szczęśliwego zakończenia.
- Może następnym finał będzie inny?
- Wierzysz w to?
Piotruś nie odpowiedział nic. Cała ta scena wydawała się zupełnie wyrwana z rzeczywistości, nie było już kościoła, znikła ulica, wszystko wokół straciło jakiekolwiek pozory realizmu. Staliśmy tam tylko my – ja i oni.
- Jakie to dziwne… – wyszeptała wariatka, która zdawała się nie uczestniczyć w tym wydarzeniu.
- Nie przedłużajmy – odezwał się w końcu pan młody. – Niech się stanie, co się musi stać.
- Dobrze – odparł obcy dobywając szpady.
Wszystko trwało ułamek sekundy. Pozłocone poświatą ostrze zalśniło w powietrzu i ciemna zieleń, a po chwili błyszczące srebro sukni zgasły przytłoczone czerwienią krwi. Ujrzałem jeszcze zakrzywiony hak zamiast dłoni u obcego, nim rozpłynął się on w powietrzu.
Białe piórko powoli opadało na ziemię.

Nie dajcie się jednak zwieść pozorom, moi mili. Nie był to żaden Kapitan Hak. Wariatkę i Piotrusia zabił – i ciągle zabija – mój przerażający, urągający słowom i myślom brak wyobraźni.






[1. Notka napisana między innymi po to, by pewna Katarzyna uznała w końcu, że jestem głupi.
2. Będę teraz pisał rzadziej, ale lepiej - mam nadzieję.]

środa, 23 grudnia 2009

Pożegnanie jesieni

Bohater jednego z opowiadań Nabokova, rozwikławszy przez przypadek zagadkę istnienia, wariuje.

W przeciwieństwie do niego, Pan Metaferejn nie zauważył u siebie najmniejszych choćby objawów szaleństwa. Nie ślini się, nie wydaje dziwnych dźwięków, wyraża się w miarę logicznie. Nie ma halucynacji i urojeń. Wygląda na absolutnie zdrowego człowieka. Dziwny to stan w przypadku kogoś, kto podobnie jak postać ze wspomnianego opowiadania poznał wszystkie tajemnice egzystencji.

Dokonał tego jednak nie przez przypadek. Rozwiązanie było wynikiem długich przemyśleń, badań, obserwacji i owocem niezliczonej liczy lektur, z których każda nieznacznie zbliżała go do osiągnięcia celu. Proces był powolny, żmudny. Pan Metaferejn nieraz miał ochotę rzucić to wszystko w cholerę. Po wielu latach poszukiwań miał w głowie tylko dziwną mozaikę, tysiące rozsypanych i niepowiązanych ze sobą elementów. Całość niespodziewanie połączyła się w jedno pewnego październikowego wieczoru, gdy w niewielkiej wiosce pod Uteną po raz pierwszy i zapewne ostatni rozegrał zwycięską partię szachów.

Nie warto wnikać, jak to się stało. Pan Metaferejn sam tego nie wie i wiedzieć nie chce. Wystarcza mu świadomość, że osiągnął zamierzony cel.

O ile tak często przejmujemy się losem nieboraków szukających swojego miejsca w świecie, poświęcamy im całe dzieła sztuki, o tyle nikt chyba nie współczuje ludziom, którzy odkryli wszystko, co było do odkrycia. Wydaje się nam zapewne, że można im tylko zazdrościć. O niesłuszności takiego poglądu przekonał się na własnej skórze nasz bohater. Choć w jednej chwili zrozumiał świat, radość nie trwała długo.

Okazało się bowiem, że rozwikłana zagadka stała się po prostu nudna. Życie pozbawione uroku tajemnicy i przejrzane na wskroś straciło na jakiś czas jakikolwiek urok. Idąc do szkoły Metaferejn mógł już tylko zastanawiać się, co zje dziś na obiad albo jakie pytania padną na sprawdzianie z matematyki. Rozważania filozoficzne zaś miały w tym momencie sens równy wymyślaniu na nowo twierdzenia Pitagorasa.

Obecnie znajduje się w stanie stagnacji. Znalazł sobie nową, tymczasową rozrywkę: zadaje sobie i rozwiązuje na co dzień rozmaite małe zagadki w stylu: co jest za rogiem? W myślach koloryzuje rzeczywistość, zamieniając pana stojącego przed nim w kolejce w wybitnego szwedzkiego skrzypka. Wyznacza sobie cele i pasje, postanawiając poznać i sfotografować wszystkie gatunki motyli fruwające po jego ukochanym bagnie. Tak naprawdę jednak ciągle ma cichą nadzieję, że znajdzie się w końcu jakaś większa tajemnica, której dotąd nie odkrył.

A zanim ją znajdzie, ja postanowiłem zawiesić na czas jakiś prowadzenie bloga. Nie jestem w stanie znaleźć czegoś, co warte by było opisania, trudno też w obecnym stanie zająć się roztrząsaniem rozmaitych egzystencjalnych kwestii – jeszcze, nie daj Boże, odkrylibyście to, co odkrył Pan Metaferejn i świat stałby się obrzydliwie nudny.

A tak na poważnie - zauważyłem, że gdzieś mniej więcej od notki o szopie (a może już od Rogucizmu, który uważam jakoś za swój najlepszy tekst tutaj) mocno obniżam loty, ostatnie wypowiedzi zaś mogę już śmiało uznać za kompletną porażkę. Dlatego więc, aby zapobiec dalszej autodegradacji, na jakiś czas kończę z pisaniem. Mógłbym w zasadzie zmienić tematykę i zająć się opisywaniem codziennych przeżyć. Takie zapiski mają jednak racje bytu wtedy, gdy przedstawiają bądź to proces zmian na lepsze, bądź to powolne staczanie się autora. W innym razie stanowią tylko pamiętnikarski bełkot pozbawiony motywu przewodniego. A że pierwszy przypadek został już świetnie opisany przez Augustyna w „Wyznaniach”, a o drugim poczytać możecie sobie na... no, gdzieś możecie, to ja nie będę się powtarzał.

No, nie płakać mi tu tylko. Miesiąc - dwa i wracam.

środa, 16 grudnia 2009

Historia pewnej idei

Pierwsze wzmianki o niej pojawiają się już w mitologii greckiej. Autorzy tych opowieści co jakiś czas przedstawiają ją jako atrybut jakiegoś bóstwa, czynią to jednak rzadko i jakby niechętnie. W istnienie Zeusa, Ateny i Hefajstosa naiwny Grek był w stanie uwierzyć, jej realność jednak tak bardzo urągała zasadom zdrowego rozsądku, że co mędrsi filozofowie pukali się w czoło i mówili: bujda. Nie mieściła się nawet w platońskiej sferze idei. Bardziej racjonalny Rzym omal nie sprawił jej zatracenia w mrokach historii.

Z czeluści zapomnienia wyrwał ją jednak sam Tomasz z Akwinu. Narażając się na krytykę i oburzenie stwierdził, że istnienia jej można dowieść rozumowo. Skonstruował także, obok słynnych pięciu dróg poznania Boga, trzy drogi dojścia do prawdy o niej. Choć czas zatarł treść tych rozważań, Akwinicie udało się przywrócić tę ideę świadomości jemu współczesnych.

W średniowieczu była traktowana różnie. Choć Kościół nie wydał w tej sprawie żadnej potępiającej bulli, zajmowanie się nią mogło sprowadzić na śmiałka liczne niewyjaśnione dotąd wypadki. I tak na przykład książę Turyngii zginął w niewyjaśnionych okolicznościach po ogłoszeniu rozprawy na ten temat, a kardynał znany jako Alois z Genui został przez nieznanych sprawców utopiony w rzymskiej studni. Niektórzy wiążą tę śmierć z jego studiami nad tym tajemniczym zagadnieniem.

Oświecenie przyniosło jej złote czasy. Nawiązania można znaleźć w kilku obrazach słynnego Leonarda, pewne kręgi znawców literatury uważają, że Laura Petrarki to tak naprawdę jej personifikacja. Umberto Eco wielokrotnie podkreślał, że gdyby nie ona, dorobek artystyczny Michała Anioła byłby dziś znacznie uboższy. Także w Polsce pojawia się gdzieniegdzie – choćby w kilku fraszkach Kochanowskiego czy w ostatnich utworach Reja.

W Baroku idea ta rozwinęła się jeszcze bardziej. Sęp Sarzyński, Rubens, a nawet Vivaldi i Bach uwiecznili ją w swoich dziełach. Złośliwi twierdzą nawet, że genialny Antonio to właśnie ją miał na myśli, tworząc swoją słynną Wiosnę.

Jeśli te dwie epoki określimy jako rozkwit tego motywu, to Oświecenie niestety nazwać trzeba schyłkiem. Niemal wszyscy ówcześni filozofowie (poza Kantem) uznali ją za przejaw „najgłębszej ciemnoty w długiej historii ludzkości”, jak pisał Voltaire do przyjaciela. Dalej stwierdził także: „naszym celem powinno być bezwzględne wyrugowanie tego nonsensu z kultury, sztuki i filozofii. Uwłacza on rozumowi, uwłacza człowiekowi i godzi w jego przyrodzone prawo do racjonalnego i niezależnego myślenia”. Tyle Voltaire. Kant odnosił się do niej ze znacznie mniejszym krytycyzmem: „Nie mogę się zgodzić z innymi myślicielami, widzącymi w tej idei tylko zło wcielone. Mimo wszystko coś w tym jest. Nie potrafię tylko powiedzieć, co”.

Romantyzm przyniósł odwilż i zaczęto znów powoli do niej powracać. Tak naprawdę jednak swoją drugą młodość przeżyła w ekstatycznej twórczości modernistów. Wielbiono ją jako drogę ucieczki od płytkiego, filisterskiego świata. Wielbił ją więc Rimbaud, opiewał Verlaine, wychwalali Przybyszewski i Tetmajer. Uważa się, że przynajmniej kilkanaście utworów Erika Satie nawiązuje do niej mniej lub bardziej bezpośrednio. A potem – cały wiek ciszy, jeśli nie liczyć kilku krótkich wierszy Herberta, które jednak nie ukazują jej w zbyt różowym świetle.

I oto nadeszła ta wielka chwila, gdy jedna z najbardziej zagadkowych idei ludzkości leży zmaterializowana przede mną. Voltaire się mylił.

Komórka Kostka istnieje naprawdę.




(ale wszystkie fakty i cytaty zostały oczywiście zmyślone)

środa, 9 grudnia 2009

Dziadek Przypadek, czyli przypowiastka nihilistyczna



Tik. Pierwiastek z trzech silnia razy logarytm przy podstawie 498 z 4546. Tak. Podzielić przez trzydzieści razy cosinus alfa razy wariacja bez powtórzeń. Tik. Dwanaście razy trzy. Tak. Już prawie, już momencik. Tak. Cholera, błąd...
- Sorze, zrobiłem! – Miłość usłyszała zza pleców ohydny głos Dziadka Przypadka.
- Zapraszam do tablicy – odparł profesor.
Znowu był pierwszy. Zawsze był pierwszy. Zawsze rozwiązywał zadania z Sensu Istnienia przed Miłością. To znaczy w ogóle potrafił je rozwiązać. I to błyskawicznie. Ona siedziała nad wzorkami kilka godzin i zawsze wychodziła jej sprzeczność.
Przypadek szybko pokrył tablicę swoimi hieroglifami. Kreda stukała co chwile w zieloną powierzchnie. Stuk, stuk, szur szur , brzdęknięcie o blaszana listewkę. Wynik: S(ż) = 0.
- Ocena celująca – powiedział profesor.
Dzwonek.

Miłość spakowała książki i naburmuszona wyszła z sali. Koniec na dziś. Przecięła wielki hall Uniwersaltetu i wyszła na zewnątrz. Słońce oślepiło ją na moment. Gdy odzyskała zdolność widzenia, oczom jej ukazał się straszny widok: na środku szosy biegnącej przed budynkiem uczelni siedział mały, śliczny biały kotek. Miał prawdopodobnie złamaną łapkę. Nim nasz bohaterka zdołała głębiej rozważyć tę sytuację, zza rogu wyjechał czarny motocykl Dziadka Przypadka.
Podjęła natychmiastową decyzję. Rzuciła torbę i pędem ruszyła w stronę zwierzaka. Muszę go uratować – myślała w duchu. Warkot motoru był coraz bliższy. Gdy wbiegła na szosę, stawał się ogłuszający. Jeszcze cztery kroki, jeszcze trzy. Dwa.
Huk silnika, cichy plask. Krew kotka rozbryzgał się na wszystkie strony. Miłość z przerażeniem zauważyła strzępy kociego mózgu na białej spódnicy.
Tym razem miała pecha. Motocyklista odwrócił się. Zdążyła uchwycić jeszcze jego jadowity uśmiech, nim zniknął za zakrętem.

Cóż za parszywy dzień! Nie, nie poddam się – zmotywowała się Miłość. Jeszcze dziś dopnę swego.
Ruszyła w dół ulicą. Nie minęło wiele czasu, gdy ujrzała uroczą parę spacerującą w cieniu rosnących przy drodze lip. Tak, to było to. Trzymali się za ręce, patrzyli sobie w oczy. To jest SZCZĘŚCIE. Niech się schowa ten cały Przypadek. On nigdy nie potrafił obdarzyć kogoś czymś tak niesamowitym. Nigdy.
Niespodziewanie zawiał wiatr. Miłość zauważyła niewielki świstek papieru, który podmuch przerzucił z przeciwnej strony ulicy na tę, po której szli narzeczeni. Mężczyzna schylił się, podniósł go... i zawył z uciechy.
- Haaaaaaa! Czy wiesz, co to jest? Cóż za traf, co za szczęście! Kupon Lotka!
- No i co z tego? – zapytała zdziwiona kobieta.
- 15 89 68 29 18 22! To wczorajszy wynik Multilotka. Jestem bogaty, rozumiesz, bogaty!
Zaczął tańczyć na środku ulicy i śpiewać „If I were a rich man”.
Znowu wygrałeś, Przypadek – pomyślała Miłość zrezygnowana. Dobrze wiedziała, jak to się skończy. On zostanie milionerem i szybko znajdzie sobie inną. Ładniejszą i w ogóle.

Nic, tylko rzucić się z mostu – pomyślała nasza bohaterka, wpatrując się w mętne wody rzeczki Pantarei. We wszystkim jest lepszy. Obliczy sens życia, rozjedzie kotka, podaruje komuś dwadzieścia milionów. A co ja bidna mogę?
- Oj, możesz, możesz – obok niej niespodzianie zmaterializował się Dziadek Przypadek. Podpierając się na lasce z rączką w kształcie głowy pudla, wpatrywał się w nią z uśmiechem.
- Co niby? – odparła zaskoczona.
- Widzisz, gdyby nie ty, nie miałbym nawet komu podrzucać kuponów totka.

sobota, 5 grudnia 2009

Zachwyt

Po dzisiejszym występie Anny Teliczan już chyba nigdy nic nie będzie mnie w stanie zachwycić.

wtorek, 1 grudnia 2009

Piękna a bestia

Blog powinien spełniać funkcję edukacyjną. Postanowiłem zatem spełnić to zadanie i przekazać Wam wiedzę na temat, o którym nie macie zielonego pojęcia. Stwierdziłem to z przykrością, gdy po raz wtóry zarzuciliście mi ewidentny brak gustu. Tak, tak, dziś porozmawiamy o urodzie płci pięknej.

Brat uważa mnie za turpistę, siostra z politowaniem kiwa głową. Gdy koleżance Sylwii powiem, że w obrębie szkolnych murów pojawiła się jakaś wyjątkowa piękność, ta stwierdza: „znając ciebie – na pewno jest brzydka”. A gdy ją zobaczy, dodaje: „no, nie zawiodłeś mnie”. Komentarzy koleżanki Agaty wolałbym z litości nie przytaczać, ale pod adresem wysoko cenionych przeze mnie uroczych dam padają określenia w stylu „kaprawe oczka”, lub sformułowania „mam nadzieję, że nie uważasz mnie za ładną” [ w domyśle- bo oznaczałoby to, że jest brzydka, ha ha ha, bardzo zabawne!]. Kolega Patryk moją negatywną opinię o Ewie Farnej kwituje wybuchem oburzenia.

A wszystko dlatego, że się nie znacie.

Nie wiem, gdzie staliście w kolejce, gdy Pan Bóg rozdawał oczy i zmysł estetyczny. Nie potrafię pojąć, co widzicie w pospolitych, amerykańskich szczękach rozmaitych wokalistek. Co pociąga Was w aktorkach, na których twarzach widać odciśnięte piętno pługa, radła i dziesięciu tysięcy lat pracy na roli (to WCALE nie jest aluzja do Keiry Knightley)? Zdaje mi się jednak, że nie jest to do końca Wasza wina. Może za dużo naoglądaliście się imperialistycznej propagandy, która w sferze piękna proponuje wzorzec „szczena-jak-Clint-Eastwood”?

Nie martwcie się, postanowiłem wyrwać Was ze szponów tego bezguścia. Zaproponuję Wam wspaniały wynalazek – skalę niejakiego Hansa K., która pomoże Wam w ocenie urody kobiet ( i nie tylko). Stosując się do niej bez problemu odróżnicie piękno od brzydoty i w końcu porzucicie ciemne herezje i mity dotyczące rzekomego wdzięku czesko-polskich piosenkarek popow.... tfu, rockowych.
Skala ta ma dziesięć punktów. Im jest ich więcej, tym ładniejszy jest mierzony obiekt.

O przedziale 1 – 3 powiem Wam niewiele, gdyż nie jestem zoologiem.

Do czwórki bez kija się nie podchodzi, piątka jest natomiast momentem, w którym na przedmiot pomiaru da się spojrzeć bez odwracania. Pojawiają się pierwsze cechy charakterystyczne dla Jedynego Słusznego Kanonu Piękna – skóra przybiera nieco mniej ciemnobrązowy odcień, kości policzkowe dają się jako tako zauważyć, a włosy z oksyblondu przechodzą w blond jasny. Piątka stanowi największą część populacji.

Na szóstkę patrzy się już nawet z pewną przyjemnością (przy czym przyjemność ta jest porównywalna do doznania, jakie czuje się patrząc np. na nowy czajnik). Cera przybiera kolor naturalnego beżu. Siódemka jest już rzadkością. Cechuje ją już pewnego rodzaju uroda. Twarz staje się bardziej podłużna, skóra bledsza, pojawiają się także pierwsze piegi. Oczy nie opuszczają jeszcze barwy miodu, ale już niebawem i ta usterka zostanie naprawiona. Kości policzkowe nie są wydatne, ale znajdują się na dobrej ku temu drodze.

Ósemka. No, panowie, czapki z głów, oto kobieta bardzo ładna. Blada, o pociągłej twarzy, piegowata. Włosy – brąz powoli wpadający w lekko rudy odcień. Policzki nie przywodzą co prawda na myśl chomika, ale osiągają pułap wystarczający.
Istnienia dziewiątek w naturze nie stwierdzono, od poprzedniej cyfr różnią się jednak kolorem oczu – stają się stalowo błękitne.

Dziesiątka zaś to Agata Buzek we własnej osobie.

Rzecz jasna jest to tylko jeden z możliwych wzorców. Zdarza się, że piękność będzie jasną blondynką (Norweżki, nic więcej mówić nie trzeba) lub kruczoczarną szatynką. Bladolicość jednak wraz z wydatnymi kośćmi policzka należą do niezmiennych wymogów każdego szanującego siebie estety (czyli mnie). Nie jestem też oczywiście człowiekiem patrzącym wyłącznie na zewnętrzną powłokę, która przecież przeminie z czasem. O wiele ważniejsze jest wnętrze. Wszak nawet najbardziej urodziwa dama jest niczym bez sprawnie działającej trzustki.