piątek, 19 marca 2010

Ja, Metaferejn


Zakładając tego bloga miałem jedno postanowienie: nie pisać o swoim życiu. Organicznie niemal nie cierpię taniego ekshibicjonizmu i wywlekania przed ciekawskie oczy publiczności ochłapów codziennej, nudnej autobiografii.

Obrzydzenie to jednak dotyczy oczywiście innych, Sam prędko poczułem, że chęć pisania o sobie staje się coraz silniejsza. Zagłuszałem ją, zamykałem w przepastnych lochach świadomości, a ona i tak wyciekała, wracała na swoje miejsce i nie dawała mi spokoju. Więc po cichu, niepostrzeżenie, zacząłem to swoje życie przemycać, ot, wprowadziłem je na polankę jednego czy dwóch akapitów, czasami nawet cała notka ostentacyjnie wymachiwała elementami żywcem wyjętymi z mojej płaskiej i nudnej egzystencji.

Dzień dzisiejszy jednak – moje osiemnaste urodziny – stanowi dla mnie jedyną w swoim rodzaju okazję do spuszczenia autobiograficznego ogara z łańcucha. Dam mu się wyhasać po poniższych wersach, zanudzić Was na śmierć i sprawić, byście z zażenowaniem wyłączyli stronę i przeszli do czytania komentarzy na Onecie. Jest to jednak tekst, który pisze wyłącznie dla mnie i dla mojego ukrytej potrzeby ekshibicjonizmu. Miło mi jednak będzie, jeśli zechcecie pozostać i dowiedzieć się kilku zbędnych i nieciekawych faktów o moim zbędnym i nieciekawym żywocie. Nie będzie żadnych skandali i skandalików, comming outów czy pikantnych szczegółów. Nie mam kochanki, nikogo nie zabiłem i poza przelotnym romansem z carską ochraną nie współpracowałem z żadnymi służbami bezpieczeństwa. Ci, którzy oczekiwaliby podobnych smaczków, mogą wstać i wyjść już teraz.

A zatem.. Khe, khe... Nazywam się Mateusz!

Zaczniemy oczywiście od mojego dzieciństwa. Jeśli chcecie uzyskać jakiś jego obraz, wyobraźcie sobie prześliczne pacholę o anielskich blond lokach, hasające po ukwieconych łąkach, oglądające z dziecięcą ciekawością ptaszki i kwiatki, łapiące żabki na cudownych polanach Gotówki...

Tak, tak, mam nadzieję, że nie daliście się nabrać. Nigdy nie interesowały mnie kwiaty.

Reszta odpowiada rzeczywistości. W 1996 rodzicie (a ściślej: tato) wpadli na wspaniały pomysł i kupili starą chatkę w wiosce położonej w sąsiedztwie bagna, stanowiącego rezerwat przyrody. Ta bliskość natury, połączona z przyrodniczym wykształceniem (i zacięciem) matki, musiała w umyśle czterolatka doprowadzić do dewiacji i niebezpiecznych w jego wieku odchyleń. I tak, zamiast zbierać naklejki z Del Piero czy uczyć się marek samochodów, nasz mały Mateuszek chłonął atlasy ptaków, nie rozstawał się z lornetką, a poszedłszy do szkoły lubował się w poprawianiu nauczycielki, która myliła sikorę bogatkę z ubogą. W swoim dzieciństwie interesował się jeszcze statkami, Indianami, II wojną światową i Bóg wie czym, ale to właśnie awifauna odcisnęła w jego głowie trwałe piękno.

Niedobrze by było, gdybyście wyszli teraz, mając w głowie obraz chłopca – odludka, który zamiast bawić się z kolegami na podwórku, rozwijał swoje ornitologiczne pasje. O nie, grało się w piłkę, latało z drewnianymi karabinami i mordowało nieprzyjaciół bez litości.

Nawiasem mówiąc: mniej więcej w wieku sześciu lat powołałem do życia pierwszy utwór epicki: bajkę o wierzbie. Rzeczona Wierzba była niemożebnie zła, lecz na szczęście przechodzący leśną ścieżką Borsuk przywrócił ją cnocie. Sequel, o sarence, która nie wiedziała, jak mieć dzieci (sic!), na szczęście nie powstał, ale złowrogie nasienie grafomanii zakiełkowało. Niemal dziesięć lat później obrodziło pierwszymi opowiadaniami fantasy, tak rozkosznie kretyńskimi, że chyba kiedyś je opublikuję. Dalsze efekty widujecie co jakiś czas na blogu i przyznam, że każdego z nich wstydzę się już następnego dnia.

Podstawówka minęła mi sielsko, a po niej nastąpił wspaniały okres gimnazjalnej, wczesnej nastoletniości, który upłynął na pierwszych młodzieńczych miłościach, poznawaniu siebie i świata w gronie oddanych przyjaciół.

Powyższy opis jest nie tylko szmirą w najgorszym wydaniu, ale także jawną i bezczelną blagą. Po pierwsze - nie było żadnych miłości, tylko MIŁOŚĆ, jedna, wielka i długa jak ta notka (i podobnież nudna, co trzeba stwierdzić z perspektywy czasu). Ciągnęła się za mną już od czwartej klasy podstawówki, a skończyła w liceum, niezmiennie nieszczęśliwa, przyprawiająca o rozpacz i tak głupia, że nic więcej o niej nie powiem.

Po drugie, gimnazjum było – nie bójmy się tego słowa – epicko obrzydliwe. Obrzydliwi byli ludzie (by oddać im należyta sprawiedliwość napomknę jeszcze o prymitywizmie, wulgarności i wulgarnej, prymitywnej brzydocie), obrzydliwa była nauka, obrzydliwe przerwy i obrzydliwe lekcje. Obrzydliwość kapała ze ścian, tworzyła kałuże na podłodze wąskiego korytarza i trzeba było nie lada akrobatycznych zdolności, by w takie bajoro nie wdepnąć. Oddychało się obrzydliwością, obrzydliwość kleiła się do ciebie, dźwięczała w uszach niczym upiorna melodia, mdliła ohydnym, ciągłym posmakiem obrzydliwości.

Ale, w gruncie rzeczy, nie było najgorzej.

Lecz tutaj Wasz ulubiony Autor się zmęczył. Tak, celowo użyłem tego zwrotu, jestem Waszym autorem a Wy jedynie wytworem mojej wyobraźni, drodzy czytelnicy, bo wątpię, by ktokolwiek rzeczywisty dotrwał do tego miejsca mego nudnego elaboratu o sobie samym. Ja jednak muszę mieć jakieś audytorium, bez publiczności milknę, markotnieję, pióro wypada mi z rąk. Niech będzie to choćby widownia urojona, aby ktoś czytał, ktoś oceniał, ktoś – być może – zachwycał się tym, co piszę.

Zmęczyłem się, napisałem dużo i tak naprawdę nic o sobie nie powiedziałem. Nie było ani słowa o Kubie, o Oli, pokoju na poddaszu i o Władcy Pierścieni. Nie było też wybornej hecy z łyżką i starym fotelem...

I nie będzie! Będzie za to dalszy ciąg monotonnej, autobiograficznej wyliczanki. Gotowi? A zatem – naprzód!

Na czym skończyłem? Ach, tak. Koniec gimnazjum przyniósł wielką rewolucję, a ściślej mówiąc: obóz ekologiczny, na którym nasz bohater poznał nowych ludzi, rozszerzył sobie nieco horyzonty i zapałał nową, nieujarzmiona miłością do Matki Natury. I nie, nie chodzi tu o żadne głupie słowa kończące się greckim przyrostkiem "philia”. To było najczystsze, platoniczne umiłowanie przyrody.

A potem liceum, które po ciasnej, gimnazjalnej klatce było tym, czym dla orła są otwarte przestrzenie. Tu wszystko nabrało prawdzie epickiego (bardzo lubimy to słowo, nie?) rozmachu: jeśli uczucia – to rozrywające serce, jeśli przyjaźnie – to na całe życie, jeśli klęski – to miażdżące, jeśli sukcesy – to w chwale, glorii i oczywiście z wieńcem laurowym na końcu. Można by o tym fragmencie mojego życia napisać dziesiątki powieści. Każda pełna namiętności, wzlotów, upadków, walk, wielkich słów, każda trzymająca w napięciu do ostatniej, zroszonej niewieścimi łzami stronniczki, każda chwytająca za serce i każda niemożebnie tandetna.

Tak, teraz, gdy już wszyscy sobie poszli (nawet moi urojeni czytelnicy pokręcili głowami z niesmakiem i rozpłynęli się w otchłaniach mojej chorej jaźni), mogę sobie do woli fantazjować, wyolbrzymiać, uepicczać (neologizm mojej wątpliwej produkcji - „czynić epickim”). Ale dość tego galopu, pora nieco okrasić ten portret mojej skromnej osoby, zabrać głos naszej kochanej Klio i powiedzieć o sobie coś, co nie wynika z samych tylko suchych faktów, rzucić kilka nieciekawych ciekawostek. Za mną, nieistniejący Czytelniku!

Jestem absolutnym egocentrykiem. Gdyby przeanalizować moją mowę codzienną, okazałoby się, że wyraźną jej dominantę stanowią słowa typu "ja, moje, mnie" (choć wyrazy takie jak "generalnie", "epickie", "wyborne" i "heca" uparcie depczą im po piętach). Żyję wyłącznie dla siebie i jedyna rzecz, która mnie interesuje, to ja sam. Pałam do swojej osoby czystą i szczerą miłością. Kto mi nie współczuje, ten nie wie, jak trudno kochać świnię.

Jestem po uszy zakochany w rzeczach pięknych. Nie ważne, czy jest to książka, widoczek czy przedstawiciel homo sapiens. Zdarza mi się stanąć na środku ulicy i gapić w światło na murze, dąb zimowy albo ptaka o mniej lub bardziej znanym imieniu. Z szoku po minutowej rozmowie z piękną damą leczę się przez kilka dni.

Jestem chorobliwie nieśmiały. Panicznie boje się dziewczyn, które mi się podobają, a one panicznie boją się mojej nieśmiałości, co daje w efekcie urocze pasmo porażek na tle uczuciowym, ściany rozpaczy,przepłakane noce i... znowu daliście się nabrać!

Jestem bezwzględnym wrogiem uogólnień, filozofii i wszelkich ideologii.

Jestem ostatnim cynikiem.

Jestem.

A poza tym: uwielbiam pierogi z mięsem; nie spodobał mi się Akropol; lubię być sam w tłumie; nie śmieszą mnie kabarety; film dopuszczam do siebie tylko w formie płytkiej rozrywki; uznaję zapach księgarni za zapach najpiękniejszy; zawsze dbam o to, by nie pobrudzić nowej książki; nie jestem zdolny do euforii; boję się ciasnych pomieszczeń; kocham bezwzględnie Nabokova; ubarwiam i koloryzuję niemal wszystko, co mówię; najlepszy dzień mojego życia miał swoje piękne miejsce 22 lipca 2008 roku; uwielbiam rower.

Oto i ja. Pora przypiąć autobiograficznego ogara do łańcucha. Do nogi, Azor, pan wraca do domu. Jest tam jeszcze ktoś, po drugiej stronie? Gratuluję wytrwałości i obiecuję, że nie dożyję następnych osiemnastych urodzin. Nie będzie już więcej żadnych nudnych podsumować, sentymentalnych bzdur i ekshumowania trupa przeszłości.

Czego się dowiedziałeś, to Twoje, drogi czytelniku. Nie ręczę, że wszystko, co tu przeczytałeś, odpowiada prawdzie tak, jak odpowiadać powinno, Mój wewnętrzny Piłat jednak umywa ręce, uśmiecha się szyderczo i, jak zawsze, pyta: czym jest prawda?

A czym - prawda o sobie?







Ach, byłbym zapomniał - oczywiście nie było żadnej hecy z łyżką i starym fotelem.

czwartek, 18 marca 2010

Bajka z Gombrowicza


Nasz Wituś, jak każdy bez mała Wituś na świecie, chciał być dzieckiem. Tym jednak różnił się od wszystkich innych Witusiów tego świata, że znał jedyną możliwą drogę do dziecinności. Wszyscy wokół uważali, że człowiek rodzi się dzieckiem, a proces stawania się nim jest w istocie kurczowym trzymaniem się lalek, pluszaków i klocków, polega na obwarowaniu swojego dzieciństwa, zamknięciu wszystkich bram i opętańczej obronie przed dorosłością.

Wituś dobrze wiedział, że taka postawa nie ma najmniejszego sensu. Trzeba było przyjąć zgoła odwrotną strategię. Pewnego dnia opuścił zatem bezpieczne i ciepłe mury swojej infantylnej, sepleniącej tfiełdzy i zupełnie sam, nagi i bezbronny, zapuścił się w zdradziecki gąszcz absolutnej dorosłości.

Bez żadnej tarczy i osłony stanął twarzą w twarz z Wielkimi Problemami: Samotnością, Śmiercią, Cierpieniem i Niezapłaconym Rachunkiem Za Prąd. Każda z tych konfrontacji zmieniała go, z Witusia stał się Witkiem, by w końcu przyjąć, nieco na wyrost, miano Witolda, groteskowo na niego za duże. Potykając się nieustannie o przydługie nogawki, co krok padając na niegościnną ziemię, dotarł w końcu do granic nieobeszłej krainy. Zbadał ją wzdłuż i wszerz, zaznał całej beznadziei i upiorności, jakie kryła w swoim upiornym wnętrzu.

I dopiero wtedy, gdy posmakował wszystkich jej cieni, wrócił do swojej twierdzy, która zdążyła już wyzbyć się swej sepleniącej nazwy i nauczyła się nareszcie wymawiać „r” jak należy. Witold na powrót zawarł wszystkie bramy, i choć jego uwitoldowienie sprawiło, że głowa wystaje hen, poza obręb murów, spogląda teraz bez lęku na otaczającą go, bezlitosną krainę dorosłości.

czwartek, 11 marca 2010

Bo wielkim poetą był



Najwięcej chyba o odbiorze sztuki przez człowieka dowiedziałem się kiedyś w warszawskiej Romie, na „Upiorze w operze”.

Przyznam szczerze – trudno o gorszą szmirę. Wszystko – począwszy na muzyce, przez teksty piosenek i dialogi, a na fabule skończywszy – ociekało tandetą w najgorszym wydaniu. Było trywialne, pozbawione jakichkolwiek pozorów głębi i do bólu schematyczne. Słowem – paskudztwo.

Tym większy szok przeżyłem, gdy po skończonym spektaklu publiczność zaczęła wstawać do owacji. Owacja na stojąco? Za co? Czyżbym pomylił przedstawienia? To głupi żart, prawda?

Nie, to nie był żart i po chwili większa część sali biła już brawa stojąc. Pocieszałem się, że mój sektor nie był zbyt skłonny do takiej euforii, po chwili jednak i ludziom wokół mnie zaczęła udzielać się ta bałwochwalcza atmosfera. Uczepiłem się małżeństwa siedzącego przede mną, które jako ostatnie pozostało wierne własnemu poczuciu estetyki i nie uległo presji tłumu. Po chwili jednak zostałem sam jeden na całej sali, wyrażając swój cichy sprzeciw wobec adorowania tandety.

Przyznam, że wszystko aż wyło we mnie, żeby wstać, dołączyć się do wszystkich i mieć spokój. No bo co mi szkodzi? Wiernie jednak wytrwałem do końca owacji i w końcu wyczołgałem się z siedzenia w stanie ciężkiego otępienia.

Jest rzeczą statystycznie niemożliwą, by w ponad tysięcznym tłumie nie znalazł się nikt, kto by podzielał mój sąd na temat koszmarku, jaki przed chwilą zobaczył. Takich osób musiało być całkiem sporo. To, że wszyscy wstali dowodzi, że nasz odbiór sztuki nie jest w gruncie rzeczy nasz – najzwyczajniej w świecie zależy od presji otoczenia.

Widzę to na swoim przykładzie – gdy zdarzyło mi się pójść kiedyś na koncert muzyki operowej, po występie przyłączyłem się do owacji, choć ten akurat rodzaj sztuki nie podoba mi się i zwyczajnie go nie rozumiem. No tak, tylko gdybym nie wstał, okazałbym się chamem i ignorantem.

Gombrowicz w swoich dziennikach pisał, że „zmuszamy się” do zachwytu nad obrazami, muzyką, poezją, bo tego nauczyła nas kultura. Jest rzeczą ogólnie przyjętą, że Słoneczniki Van Gogha, utwory Bacha czy wiersze Słowackiego są arcydziełami i nikt, kto chce choć trochę przypominać człowieka wrażliwego na sztukę, nie może tego zanegować. To nic, że nie widzi niczego ciekawego na płótnie, że akurat ta symfonia wydaje mu się niemiłosiernie długa i nudna. To nic, że nie rozumie ani jednej metafory, wystarczy, że „Słowacki wielkim poetą był”.


Zabawne jest, że ludzie jadą specjalnie do Monachium, by zobaczyć Słoneczniki w oryginale, choć przecież każda lepsza kopia oddaje wiernie pierwowzór i – czysto teoretycznie – powinna dostarczyć tych samych wrażeń estetycznych. A przecież o takie właśnie wrażenie chodzi w odbiorze sztuki!

Działa to także w drugą stronę. Przyznajcie się, ile razy spodobała Wam się piosenka jakiejś Kasi Cerekwickiej, Mezo, czy Piotra Rubika i ile razy wyparliście się jej w rozmowie ze znajomymi, którzy podobne zespoły uważają za najgorszą tandetę? Sam nigdy nie powiem głośno, że jest pewien utwór Ewy Farny, który i mnie się podoba.

Czy więc zachwycamy się, bo coś się nam naprawdę podoba, czy też dlatego, że podoba się wszystkim?

Jest jeszcze jedno rozwiązanie.

W waszyngtońskim metrze przeprowadzono eksperyment. Joshua Bell, jeden z najwybitniejszych amerykańskich skrzypków, udając ulicznego grajka, stanął przy wyjściu, położył na ziemi futerał i zaczął grać. Przez kilka godzin zatrzymało się przy nim zaledwie kilka osób, a rozpoznała go jedynie jedna dziewczyna.

Bilet na koncert Bella w filharmonii kosztuje 336 dolarów. Sala zawsze jest pełna.

piątek, 5 marca 2010

Śniadanie z Bogiem

Mój Bóg pochyla się nade mną.
- Wstań - mówi, choć za oknem ciemno
I sen domaga się puenty.
Sam nie zna snu, więc mnie pogania
Do mycia zębów, do śniadania,
Siłą perswazji i zachęty.


Tak śpiewał Kaczmarski. A ja – muszę zbudzić się sam. Sam zmuszam się do otwarcia oczu, ciągle sklejonych snem. Sam wstaję, myję zęby, parzę herbatę i siadam do stołu. Dopiero wtedy, nie wiadomo skąd, dosiada się do mnie On. Dawniej rozmowny, teraz milczy. Bo i o czym gadać, gdy z tą naszą wiarą w siebie nie jest najlepiej? Żaden z nas nie jest pewien istnienia drugiego, więc lepiej siedzieć cicho. Przytłacza nas ciągłe ryzyko, że odezwiemy się – do próżni. A to pierwszy zwiastun obłędu.

Nie ma ze mną łatwo. Zwłaszcza ostatnio, gdy nieustannie spychany jest przeze mnie w nicość, w której Jego nieskończoność absolutnie nie chce się zmieścić. Ciasno Mu, więc ciągle przychodzi nad ranem, uparcie próbując dowieść mi swej realności, bym wreszcie mógł spokojnie odezwać się doń przy śniadaniu.

Jedno muszę Mu przyznać – jest mistrzem delikatnej perswazji. Nie ucieka się do efektownych sztuczek – przywracania wzroku ślepcom, leczenia trędowatych, zamiany wody w wino. Jego metody są znacznie bardziej subtelne. Ot, na przykład sprawi, że autobus spóźni się razem ze mną. Usadzi mnie akurat obok NIEJ na ławce. Podsunie książkę stanowiąca odpowiedź na jakąś nurtująca mnie kwestię. Lub też po prostu błyśnie mi słońcem po oczach.

Takim wątłym arsenalikiem dysponuje w nierównej walce z brytyjskimi biologami (za wszelką cenę usiłującymi zaszufladkować Go jako niebezpieczne urojenie), całą armią psychologów i nieścisłościami w świętych księgach. Mam z tym duży problem. Gdy zagłębię się opasłe tomy Jego bezwzględnych adwersarzy, trudno mi, wśród rozplatanych tęcz i samolubnych genów znaleźć choć cień oka wpisanego w trójkąt. W takich chwilach niebo pustoszeje, życie nieodwołalnie kończy się śmiercią, a przy stole panuje niezręczna cisza.

On jednak nigdy nie daje o sobie całkiem zapomnieć. Gdy próbuję oswoić się z myślą o jednorazowości istnienia, wplątuje mnie w sieć niesamowitych zbiegów okoliczności, nieśmiało sugerując, że świat być może nie jest tak nudny, jak by się mogło wydawać. A ja po cichu sprzyjam Jego usiłowaniom.

Kiedyś było oczywiście inaczej. Był, na pewno. Siadał, uśmiechał się, zaczynał rozmowę. Mówiłem Mu, co jest nie tak, co trzeba zrobić („i żeby jutro była ładna pogoda, i o zdrowie dla mamytaty”), a On z uśmiechem kiwał głową, że da się zrobić, że żaden problem. Opowiadał, że Tam jest pięknie i żeby nie bić brata i siostry. I może przez to, że nie zawsze słuchałem – zaczął znikać, najpierw sam z siebie, a potem pomagali Mu w tym inni, aż znikł zupełnie i nic nie zapowiadało, że w ogóle wróci. Ale wrócił, milczący i smutny i trwa tak do dziś.

Wypadałoby w końcu jakoś się określić, że „tak”, albo „nie”, bo co to za stan, gdy nie wiem nawet, czy Jego wątła, półprzezroczysta postać nie jest zwykła iluzją, jakich wiele. A jednak ciągle rozumiem ani tych, którzy bezrefleksyjnie przyjmują fakt Jego istnienia, nie wątpiąc ani przez chwilę, ani tych, którzy ostatecznie się z Nim rozprawili. Trwałe opowiedzenie się po jednej ze stron wydaje mi się ciągle jakoś sprzeczne z ludzka naturą.

On tymczasem raz pojawia się, raz znika. Niekiedy staje się wyraźniejszy, kiedy indziej blednie niemal zupełnie i zaczynam wątpić, czy w ogóle jest do kogo się nie odzywać i z kim milczeć. Zaraz jednak realnieje i znów cisza przytłacza nas obu. Przypomina nieco wiadomość nadawaną Morsem. Może jest tak, jak mówiła Olga Tokarczuk, że „raz jest, raz jest go mniej, ale czasem nie ma go wcale. Bóg bowiem przejawia się nawet w tym, że go nie ma”.

Ale - kto wie? Być może w końcu któryś z nas przerwie w końcu milczenie, i sięgając po masło powie drugiemu „wierzę”. Albo choćby „smacznego”.

środa, 24 lutego 2010

Traktat o korkociągu



Korkociągi? Czy aby wszystko w porządku? Tak, już widzę Wasze zdziwienie. Myślicie sobie zapewne, że czeka was tutaj potok nieciekawych faktów dotyczących jeszcze mniej ciekawego ustrojstwa. Nic bardziej mylnego! Obiecuję Wam, że w trakcie czytania poniższego tekstu drżeć będziecie z emocji, a co wrażliwsze damy być może osuną się nieprzytomne z krzeseł na podłogę. Oto zabieram Was w podróż do niezbadanego, zakręconego świata korkociągów.

Na początek – trochę historii. Nie, nie bójcie się, żadnych zawiłych dywagacji, gąszczu identycznych dat i tysięcy nazwisk. Przyznam szczerze, że do żadnych tego typu danych nie dotarłem. Nie martwcie się jednak, lukę taką można bez przeszkód załatać własną wyobraźnią.

Otóż korkociąg mógł wynaleźć w 1756 roku Francuz, niejaki Vrille Tire–Bouchon, syn znanego producenta win. Podwówczas do wyciągania korka używano zazwyczaj noży i zębów. Pomysłowy Vrille podpatrzył jednak...do diabła, co mógł podpatrzeć? Nieważne, coś na pewno podpatrzył i podsunęło mu to ideę korkociągu. Na początku zastosował tę metodę tylko na wąską skalę, później jednak jego wynalazek stał się popularny w całej Europie. W 1768 powstała w Molignac (południowa Francja) pierwsza ich wytwórnia (zajmująca się produkcją korkociągu do dziś).

Warto odnotować, że pierwszy korkociąg mógł (czysto hipotetycznie) przywieźć do Polski w 1774 roku Stanisław Porębowski, sekretarz jednego z francuskich magnatów. Tyle na ten temat rzecze (a raczej – mogłaby rzec) Klio.

Oddajmy zatem głos innym muzom. Wbrew temu, co zapewne zdarzyliście sobie pomyśleć, korkociąg jest przedmiotem na wskroś poetyckim i jak najbardziej nadającym się do wykorzystania w liryce. Przykłady mnożyć można tysiącami, ja jednak przytoczę Wam co piękniejsze strofy, w których pojawia się opisywany przeze mnie wynalazek.

Oto wiersz anonimowego artysty zatytułowany „Traktory miłosierdzia”:

Wtulony w reflektor katalityczny obiegu krwi,
w oczodołach umęczenia jestem jako gołąb dydaktyki
w jonowych kajdanach.
Podniesiona głowa wcale nie symbolizuje
migdałowych kłamstw korkociągu poranka


Korkociąg poranka! Jeśli jeszcze nie zachwyciła Was celność tej metafory, jesteście ślepymi na sztukę i piękno ignorantami! A oto następny liryk - „Nauka pływania”, autorstwa niejakiego Huncwota:

wyplułem konwulsyjnie na ekran te resztki
które jak korkociąg wykręciły mi się z czaszki
lewoskrętnie i w wielkim bólu

Jak korkociąg! Czaszki! Lewoskrętne! Lećmy dalej, oto „Malinowy robot czyli kryształowy mróz” Andrzeja Paluszkiewicza (?):

Korkociąg wykręca sobie lewoskrętnie oczy
a wino stygnie w upojeniu ciszy
a pisanie jest jak oddech burzy.
Jedzie mróz malinowy robot
za chwilę strzeli p i o r u n ! o b e j r z y j  s i ę !


I znów lewoskręt! I znów wykręcanie! Ach, kochani, rozpływam się.

Ale dobrze, dosyć tego. Omówiliśmy zaszczytne miejsce, które zajmuje korkociąg w poezji. Warto by zatem przejść to sfery czysto wizualnej i oddać w słowach nieco z osobliwego piękna tych niesamowitych przedmiotów.

Korkociągi bywają rożne. Niektóre przypominają baletnicę z jedną, skręconą nogą i lekko uniesionymi ramionami, inne przybierają wygląd skomplikowanych narzędzi i przywodzą na myśl raczej przybory kuchenne z wyższej półki, warto też zwrócić uwagę na wersje kieszonkowe, użyte np. w scyzorykach. Nic tak nie ciszy oka jak promienie światła odbijające się na skręconym szpikulcu, trudno też wyobrazić sobie wyższą formę przyjemności niż ta, która towarzyszy nam przy przebijaniu miękkiej struktury korka. Wobec tych faktów uznać należy za pewnego rodzaju profanację postać, w jakiej występują korkociągi w ofertach niektórych firm. Znaleźć tam możemy ludziki, pieski, małpki i foczki – co tylko dusza zapragnie. Pozostawiam jednak Waszemu sumieniu kwestie, czy godnie jest sprowadzać przedmiot tej rangi do głupawej zabaweczki.

Na koniec mojego traktatu warto byłoby przytoczyć kilka wypowiedzi znanych ludzi na temat naszego ulubionego wynalazku. Milczenie wszelkich źródeł na ten temat zmusza mnie do ponownego zaprzęgnięcia wyobraźni do pracy – poniższe wypowiedzi będą zatem fikcyjne, choć przecież tak prawdopodobne, że ich nierealność w zasadzie nie ma żadnego znaczenia.

Korkociąg znajdziemy zatem w jednym z cytatów z Kartezjusza: „Och, zgubiłem korkociąg”. Inna skrzydlata myśl wyszła z ust Charlesa de Gaulle'a, który zwrócił się do żony następującymi słowy: „Kochanie, podasz mi korkociąg?”. Wspaniały rosyjski pisarz, Michaił Bułhakow, tak pewnego razu odezwał się w jednym z moskiewskich sklepów: „Dzień dobry, są może korkociągi?”.

Postawiliśmy zatem pierwsze kroki w ciągle dotąd niezbadanej, zakręconej rzeczywistości korkociągów. Korci mnie i ciągnie do opisania wszystkich towarzyszących tej sferze aspektów. Mam jednak nadzieję, że to dopiero przyczynek do większej monografii, którą mam zamiar napisać. W najbliższym czasie, oczywiście.





PS: Odblokowuję możliwość komentowania. Tylko dla kont Google'a.

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Dagerotyp



Światło w przedziale co jakiś czas gaśnie i twarz siedzącej naprzeciw mnie kobiety co rusz osuwa się w ciemność. Trwa to kilka sekund. W mroku widzę tylko, jak podnosi głowę znad książki – zapewne wpatruje się niecierpliwie w zepsutą świetlówkę. Po chwili jasność wraca i moja towarzyszka podróży wraca do lektury.
Staram się niepostrzeżenie oderwać delikatną powłokę dziewczyny od rzeczywistości, nadać jej odpowiedni odcień i zamknąć raz na zawsze w słowach. Wpatrując się w skupioną twarz zastanawiam się, co wziąć, a co pozostawić.

Pominę z pewnością kilka niedoskonałości jej bladej cery (zupełnie niepotrzebnych), lekko skrzywiony grymas twarzy i źle nałożony makijaż. Nie przeniosę też tytułu książki – jakiegoś tandetnego romansidła – a włożę jej w dłoń krótkie opowiadanie, nabokovski „Nabór”.

Rozmyję w opisie granatową spódnicę i białą bluzkę, umieszczając jedynie zwięzłą wzmiankę o błękitnej, zwiewnej sukience (zabieg ten będzie wymagał usunięcia zza okna lśniącego śniegiem zimowego zmierzchu i zastąpienia go ciemnością letniej nocy, ale to nic). Ustawię zaś ostrość na twarz: niebieskie (nieco rozjaśnione) oczy i uśmiechające się co jakiś czas usta.

Odmówię miejsca w przedziale młodemu, ogolonemu na jeża jegomościowi, który ze swoją nijakością wydaje się kompozycyjnie bezużyteczny. Babci, siedzącej koło niebieskookiej, odbiorę gazetę popołudniową i delikatnie złożę w jej pomarszczonych dłoniach najbardziej babciny atrybut – prolog do robionego na drutach szaliczka.

Konduktora, który właśnie wsunął do środka przedziału swą konduktorską twarz, nauczę dobrych manier. Przyciszę trzask towarzyszący rozsuwaniu oszklonych drzwi. Zastąpię jego kanciastą w formie ”kontrolę biletów, dobry wieczór” bardziej ludzkim „witam, bileciki były już sprawdzane?”. Odpowiedź – zbiorowy pomruk - przekształcę w wypowiedziane z uśmiechem „tak” dziewczyny.

Z kilku zaś przypadkowych, pozbawionych wyrazu i znaczenia kontaktów wzrokowych z nieznajomą utkam sieć uśmiechów i przelotnych spojrzeń. I oczywiście przedłużę nieco wypływającą z zepsutej świetlówki ciemność, by pozwolić tajemnicy na jej tajemnicze działanie.

I nagle, w połowie aktu tworzenia, dziewczyna niespodziewanie wstaje z miejsca. Moja wyobraźnia nie jest w stanie za nią nadążyć. Rozpływa się w powietrzu błękitna sukienka, opowiadanie trzymane w dłoni znów staje się tanim romansidłem. Przy drzwiach materializuje się bezbarwny jegomość, a śnieg tryumfalnie powraca na należne mu miejsce za oknem. Jedynie babcina robótka, która zdążyła się niepostrzeżenie przystroić w szaty rzeczywistości, nadal tkwi tam, gdzie ją pozostawiłem.

Niebieskooka sięga na półkę po bagaż. Dalej wszystko dzieje się szybko – nakłada płaszcz i wychodzi, pozostawiając po sobie zapach tanich perfum i pożegnalne „dobranoc”. Znika w mrocznej czeluści pochłaniającej ludzi, których właśnie widzieliśmy po raz ostatni. Ale ja już uwieczniłem ją, niczym na dagerotypie, gdzieś pomiędzy światłem w przedziale a ostatnią kropką.





(Panią w niebieskiej sukience pożyczyłem z obrazu Cézanne'a, może się nie obrazi)

środa, 13 stycznia 2010

Wariatka


Zawsze marzyłem o wariatce. Zawsze. Zupełnie nienormalnej, zwariowanej wariatce. Kimś, kto patrzy na świat przez okulary swojego obłędu i w żaden sposób nie dostrzega brzydoty tego świata. Oczywiście mam na myśli przyjaciółkę w osobie takiego postrzeleńca, stały związek z kimś takim sprowadziłby szaleństwo do rutyny.

Marzenia, wbrew temu, co sądzą ci paskudni paszkwilanci, spełniają się. Poznałem moją Lily w sierpniowe popołudnie. Szedłem właśnie do pracy, gdy ujrzałem jej kochaną postać. Stała przy miejskiej fontannie, ubrana w długą, srebrzystą spódnicę, zwiewną, jedwabną koszulę i jaskrawofioletowy płaszcz zwisający jej do ramion.
- Dzień dobry, panu – powiedziała, gdy tylko mnie zobaczyła – Nazywam się Lily. Jestem tą… No, sam pan wie, z pana marzeń.
- Wariatką – wypaliłem głupio i od razu poczułem się jak kretyn. Zapewne zauważyła moje zmieszanie i odezwała się znowu:
- Ależ proszę się nie przejmować. Ja naprawdę jestem tą, no…
- Wariatką.
- No właśnie. Pójdziemy gdzieś?
- Do parku?
- No, na przykład.

Poszliśmy więc do parku. Całą drogą nie odezwała się do mnie niemal ani słowem. Była niemal mojego wzrostu. Wyglądała także na równą mi wiekiem. Nie przyglądałem się jej jednak zbyt pilnie, dziwnie rozanielony całą tą sytuacją.
Gdy doszliśmy na miejsce, siedliśmy na ławce.
- Dlaczego marzył pan akurat o…? – zapytała.
- Nie wiem, proszę pani. Nie miała pani nigdy marzeń, których nie da się uzasadnić?
Zastanowiła się chwilę, po czym odparła:
- W zasadzie miałam. Marzyłam o panu.
- Dlaczego marzyła pani akurat o mnie?
- Nie wiem, proszę pana.

Milczeliśmy przez jakiś czas. Miałem sposobność przyjrzeć się dobrze jej twarzy. Miała lekko dziecinne rysy, jej wielkie, niebieskie oczy patrzyły na mnie z jakąś nieuchwytną, nieobecną anielskością. Słowem – wariatka. Długie, falowane blond włosy wzmacniały to wrażenie.
- Myślę, że nie musimy mówić sobie per pan i pani. – odezwała się po chwili – W końcu jesteśmy przyjaciółmi.
- Ma pani rację – odrzekłem, po czym poprawiłem się – Masz absolutną rację, Lily.
- Tak, ja jestem Lily. A ty?
Podałem jej swoje imię. Uśmiechnęła się szeroko i powiedziała:
- Idealnie.

Nasze pierwsze spotkanie dobiegło końca. Nie widziałem jej potem przez tydzień. Chciałbym zastrzec, że nie był to tydzień spędzony na tęsknym wyczekiwaniu. Co to, to nie! Wariatka zrobiła na mnie duże wrażenie, nie czułem jednak skłonny do wzdychania i płaczu wtedy, gdy nie dane mi było jej widzieć. To była przyjaźń, nie kochanie.
Zobaczyłem ją po siedmiu dniach. Tym razem karmiła gołębie na skwerku nieopodal rynku. Początkowo nie zwróciła na mnie uwagi. Dopiero gdy podszedłem na kilka kroków, odwróciła głowę, spojrzała mi w oczy i rzekła z wyrzutem:
- Nie zachowujesz się jak prawdziwy przyjaciel!
Poczułem się zupełnie zbity z tropu. O co jej chodzi? Po chwili jednak usłyszałem podszept rozsądku: przecież to świr.
- Czemu uważasz, że nie zachowuję się jak prawdziwy przyjaciel? – zapytałem grzecznie i spokojnie.
- Bo nie było cię przy mnie, gdy byłeś mi potrzebny – odparła, nieco wycofując się z agresywnego tonu.
- Skąd mogłem wiedzieć, że byłem ci potrzebny?
- Przyjaciel zawsze wie, kiedy jest potrzebny.
- No cóż, przepraszam.

Nagle jej twarz rozchmurzyła się i już zupełnie wesoło powiedziała:
- Nie ma sprawy. Ale pomożesz mi teraz, skoro już wiesz?
- Jasne. W czym rzecz?
- Zakochałam się – wypaliła, lekko się rumieniąc.
Zarumieniłem się lekko: o nie, czyżby chodziło o mnie?
- Nie, nie chodzi o ciebie, głuptasie – zganiła mnie wesoło – Zakochałam się w kimś innym.
Uff.
- W kim?
- W Piotrusiu Panu.
A więc to naprawdę jest wariatka.
- I nie m a to żadnego związku z tym, że jestem tą, no wiesz…
- Wariatką. Czy aby na pewno?
- Obrażasz mnie – nagle się zasępiła, opuściła głowę i skryła ją w ramionach. – Tak się nie zachowuje prawdziwy przyjaciel.
- Przepraszam.
- No dobrze. Wybaczam. To naprawdę nie ma nic wspólnego z tym, tam, no… On jest prawdziwy. Nie wymyśliłam go sobie.
Jasne, wymyślił go niejaki James Barry, kochana wariatko – pomyślałem sobie.
- I nie chodzi mi o tego Piotrusia z książki, przyjacielu. Mój jest prawdziwy, nie papierowy. Ma dwadzieścia trzy lata, pracuje w magazynie, kocha mnie, a jego śmiertelnym wrogiem jest Kapitan Hak.
Zupełnie nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
- Jeśli cię kocha, to w czym problem? – wymyśliłem w końcu.
- Jak to, w czym? Jestem zakochana. To wystarczający problem.
- Rzeczywiście. Jak zatem mogę Ci pomóc?
- Posiedź przy mnie.

Siedziałem wtedy przy niej kilka dobrych godzin. Zaniepokoiła mnie pewna myśl: Magazynier, dwadzieścia trzy lata, podaje się za postać z bajki. Jeśli sam nie jest wariatem, może chce skrzywdzić tego mojego anioła? Ona jest absolutnie naiwna. Nie, muszę to sprawdzić.
Zaproponowałem, byśmy spotkali się we trójkę. Ja, ona i on, Piotruś Pan. Zgodziła się. Czas i miejsce spotkania wyznaczyła na dzień następny, o piętnastej, w barze przy magazynach miejskich.

Czekałem na to spotkanie z silnym niepokojem. A co, jeśli jej kochany okaże się zwyrodniałym zboczeńcem, wykorzystującym biedną, chorą dziewczynę? No cóż, jeśli tak jest, na pewno nie zgodzi się mnie poznać. W głębi ducha jednak przeczuwałem, że nie ma się czego bać.
O trzeciej stawiłem się, ubrany w swój najlepszy wyjściowy garnitur, pod umówionym lokalem. Wyglądał on raczej na podrzędną knajpę, niż restaurację z prawdziwego zdarzenia, ale uznałem, że przeboleję.

Nie musiałem długo czekać. Pojawili się oboje, z pięciominutowym opóźnieniem, które usprawiedliwiali spóźnionym zegarkiem.
Piotruś Pan, co stwierdziłem z pewnym zdziwieniem i rozczarowaniem, w istocie był Piotrusiem Panem. Stał oto przede mną młodzieniec, przystrojony w zielone wdzianko i zielony, spiczasty kapelusik z czerwonym piórkiem.
Udałem, że nie robi to na mnie żadnego wrażenia i zaproponowałem:
- Może wejdziemy do środka?
- Oczywiście – odparli niemal jednogłośnie.
Warto odnotować, że Lily była ubrana inaczej niż poprzednio. Fioletowy płaszcz zastąpiła czerwonym, a srebrzystą spódnicę wymieniła na jaskrawozieloną.

Wnętrze baru prezentowało się niewiele lepiej niż jego zewnętrze. Było jednak przynajmniej czysto. Zasiedliśmy przy małym stoliku. Każdy zamówił to, co chciał – ja whisky, Piotruś sok z gumijagód, a Lily ambrozję. Nie muszę dodawać, że tylko moje zamówienie zostało zrealizowane.
- Lily dużo mi o panu opowiadała – odezwał się jako pierwszy Piotruś.
- To miło. Panu też nie szczędziła komplementów.
- Przyjaciel Lily jest moim przyjacielem. Mówmy sobie na ty.
- Dobrze. Mam do ciebie kilka pytań, mogę je zadać?
- Oczywiście.
- Kochasz ą?
- Oczywiście.
- Będziesz się nią opiekował, jak należy?
- Oczywiście.
Uspokoił mnie szczery ton jego wypowiedzi. Pozostało mi zadać ostatnie, najtrudniejsze pytanie.
- Czemu zgrywasz wariata i chodzisz w tym kretyńskim, zielonym wdzianku i udajesz postać z bajki?
Oczekiwałem eksplozji. Ta jednak nie nadeszła. Piotruś, uśmiechając się wesoło, odparł:
- Widzę, że czegoś nie rozumiesz. Ja jestem Piotrusiem Panem.
- Oczywiście. Czy to ma związek z tym, że jesteś tym, no…
- Wariatem? Pewnie tak. Czy to wszystko?
- Oczywiście.

Ucieszyło mnie to spotkanie. Dobrali się jak w korcu maku. Dziwiło mnie tylko to, że takiego dziwaka zatrudniono w magazynie. Przy następnej okazji zapytałem go o to, co może nie było zbyt eleganckie.
- Och, to magazyn zabawek – odparł, uśmiechając się jak zwykle.

Widywałem się z nimi często. Czasami z obojgiem, czasem z samą Lily. Muszę przyznać, że marzenie spełniło się w stu procentach. Dokładnie o takiej wariatce śniłem całe życie. Była najlepszą przyjaciółką, jaką kiedykolwiek miałem.
W końcu stało się to, co nieuniknione. Kilka miesięcy po tamtych wydarzeniach przyszedł do mnie list w ozdobnej kopercie. Zawierał to, co zazwyczaj zawierają listy w ozdobnych kopertach. Był tam jakiś urywek z wiersza, moje nazwisko, data, godzina oraz miejsce planowanego ślubu. Podpisano: Lily i Piotruś Pan. Nareszcie!

Nie mogłem doczekać się uroczystości. Kupiłem na tę okoliczność nowy garnitur, w sklepie RTV wybrałem i nabyłem najlepszy telewizor, na jaki było mnie stać. I w końcu się doczekałem.

Pamiętam jak dziś. Moja droga przyjaciółka w srebrzystej sukni ślubnej, jej wybranek w wyjściowym wdzianku Piotrusia Pana ( w tonacji nieco ciemniejszej zieleni i z białym piórkiem zamiast czerwonego). Stali przede mną, patrząc sobie głęboko w oczy. Prawdę mówiąc byłem jedynym gościem na ich ślubie, reszta osób wypełniających kościół pojawiła się tam z przypadku. Nawet na drugiego świadka wybrano kościelnego.
W końcu powiedzieli sobie tak, pan młody pocałował pannę młodą, a ja wyszedłem na zewnątrz, by przysposobić się do sypania ryżu. Gdy obydwoje przestąpili próg świątyni, a suknia Lily zaiskrzyła się pod złocistymi promieniami zachodzącego słońca, stała się największa tragedia mojego życia.

Niczego, co nastąpiło potem, nie jestem do końca pewien. Pamiętam jednak, że wyszedł zza rogu kościoła, ze szpadą u boku i nienawiścią w oczach. Długa, zwichrzona czarna broda nadawała jego twarzy zupełnie nierealny charakter.
Piotruś jakby przeczuł jego obecność. Odwrócił się w tamtą stronę, a wraz z nim odwróciła się i Lily.
- Zatem znów się widzimy – powiedział, blednąc.
- Nie mów, że się tego nie spodziewałeś – odparł tamten, cedząc każde słowo przez zęby – Każda bajka tak się kończy. Zawsze.
Na twarzy Piotrusia pojawił się uśmiech bezbrzeżnego smutku. Tak, wtedy odkryłem, że uśmiech może być smutny.
- Spodziewałem się tego. Tylko… Nie teraz.
Nienawiść w oczach obcego zniknęła w jednej chwili.
- To głupie, nie?
- Najgłupsze.
- Nawet nie wiecie, jak bardzo chciałbym iść teraz obok was jako świadek. I rozpłynąć się w błogiej mgiełce szczęśliwego zakończenia.
- Może następnym finał będzie inny?
- Wierzysz w to?
Piotruś nie odpowiedział nic. Cała ta scena wydawała się zupełnie wyrwana z rzeczywistości, nie było już kościoła, znikła ulica, wszystko wokół straciło jakiekolwiek pozory realizmu. Staliśmy tam tylko my – ja i oni.
- Jakie to dziwne… – wyszeptała wariatka, która zdawała się nie uczestniczyć w tym wydarzeniu.
- Nie przedłużajmy – odezwał się w końcu pan młody. – Niech się stanie, co się musi stać.
- Dobrze – odparł obcy dobywając szpady.
Wszystko trwało ułamek sekundy. Pozłocone poświatą ostrze zalśniło w powietrzu i ciemna zieleń, a po chwili błyszczące srebro sukni zgasły przytłoczone czerwienią krwi. Ujrzałem jeszcze zakrzywiony hak zamiast dłoni u obcego, nim rozpłynął się on w powietrzu.
Białe piórko powoli opadało na ziemię.

Nie dajcie się jednak zwieść pozorom, moi mili. Nie był to żaden Kapitan Hak. Wariatkę i Piotrusia zabił – i ciągle zabija – mój przerażający, urągający słowom i myślom brak wyobraźni.






[1. Notka napisana między innymi po to, by pewna Katarzyna uznała w końcu, że jestem głupi.
2. Będę teraz pisał rzadziej, ale lepiej - mam nadzieję.]