Idziemy w deszczu. Oni - ludzie z parasolami i my - ludzie bez parasoli. Ulewa jest ulewą z prawdziwego zdarzenia - zadbała nawet o to, by nie było się gdzie skryć. Pusta, głupia ulica bez jednego choćby zadaszenia.
My, ludzie bez parasoli nie czujemy już nawet wściekłości. Przemokliśmy do tego stopnia, że jest nam tylko zimno. Upajająca bezradność co chwila próbuje przerodzić się w ironiczny dystans i przerywa szum padającej wody czyjąś niby to wesołą wypowiedzią.
- I am dancing in the rain.
- Wyglądamy jak zmokłe kury.
Nie, żeby nie było to zabawne. Na pewno było. I śmieszyłoby nas zapewne, gdyby nie upodlający widok z przodu - trójka zadowolonych z siebie ludzi, bezpiecznych i suchych pod czarnymi płachtami. Tak naprawdę próbowaliśmy już wszystkiego. Od prób wyszydzenia - ach, nie jesteśmy z cukru, to tylko mżawka - po obłąkańcze szukanie pozytywów - taki spacer jest dobry dla zdrowia! Nie jest, dobrze o tym wiedzieliśmy. Tym bardziej bolesna zazdrość kazała nam spoglądać w stronę ludzi z parasolami.
Nie wiem, co bardziej nam doskwierało. Deszcz i zimno, czy raczej świadomość, że im jest sucho i ciepło. A może poczucie, że nie jesteśmy panami własnego losu? Brak alternatywy? Oni w każdej chwili mogą schować swoją osłonę i moknąć tak jak my - jeśli by tylko zechcieli. My możemy chcieć i chcieć - lecz i tak nie zmienimy swojego położenia. Nie mamy wyboru. Upodlające.
W którymś momencie ktoś rzucił hasło, by zrównać wszystkich idących. Taka mała powtórka z rewolucji: zabrać tym, którzy mają więcej. Nie po to, by samemu zdobyć przewagę - broń Boże, to byłaby kradzież! - lecz po to, by nikt nie miał lepiej niż my. Połamać parasole i połączyć się, zbratać w udręce. Inny, rozsądniejszy głos zgasił jednak ten pomysł w zarodku.
Nagle przyszło oświecenie - pomyśleliśmy o niedalekiej przyszłości. W końcu musi wyjść słońce, a oni zostaną na ulicy z mokrymi, ciężkimi od deszczu parasolami w dłoniach. My zaś, powoli schnąc, dojdziemy do celu niczym nieobciążeni! Ruszyliśmy więc raźniej, rozkoszując się tą ideą, upatrując przyszłych korzyści.
Wtedy jednak teraźniejszość przypuściła zdecydowany atak. Ulewa przybrała na sile, zabłysło, zagrzmiało i zrobiło się nieprzyjemnie. Ciężkie krople spływały po twarzach mieszając się po drodze ze łzami bezsilności. Nawet nadzieja, że wkrótce parasole naszych gnębicieli okażą się niewystarczające, okazała się płonna. Solidny, zachodni sprzęt doskonale sprawdzał się w trudnych warunkach. A deszcz padał coraz gęściej.
Szliśmy więc dalej pustą, głupią ulicą. Oni - ludzie z parasolami i my - ludzie bez parasoli.
piątek, 6 sierpnia 2010
piątek, 23 lipca 2010
Inne rzeczy
S. Barańczak - Obserwatorzy ptaków
Z drżącej w upale szosy numer 8
z jej motelami, pędem i stacjami Esso
dość było skręcić ostro, szorując podwoziem
o piach, w ciągnącą się pół mili leśną
drogę, dotrzeć do kiosku z desek, gdzie sumienna
grubaska pobierała stosowną opłatę,
wydając w zamian uśmiech i broszurę,
zostawić wóz pod sosną, której czubek z szumem
mierzwił obłoki, i tak już kudłate,
i bez większego zrozumienia
wpatrzyć się w planszę z mapką okolicy
i strzałką "JESTEŚ TUTAJ". O sto metrów dalej
szła ścieżką para z dziećmi: równie pospolici
jak my, też "byli tutaj" i zwiedzali.
Nie tak wyobrażaliśmy sobie rezerwat
dzikiego ptactwa. Prawda, i tak był to czysty
wymysł, ta cała komedia z naturą,
która istnieje dzięki przewodnikom, którą
widzi się w ramach zatrudnień turysty.
Wiatr, który czujnie się poderwał,
był w każdym razie autentyczny: świeży,
nadmorski. Machinalnie sprawdzając w broszurce
szlak, ruszyliśmy, depcząc chrupiący żwir ścieżek,
trochę niepewni, czy nie jest oszustwem
ten cały show - szczególnie że główna atrakcja,
to znaczy ptaki, jakoś nie chciała się stawić
na scenie. Dróżka wychynęła z nagła
z zarośli na zjeżone trawą słone bagna,
kładki, w sitowie oprawiony stawek:
no, wreszcie są! Gromadki ptactwa,
zielonogłowych kaczek, burych gęsi
taplały się rodzinnie w wodzie. Ale najpierw
wpadła nam w oczy inna grupa, jeszcze gęściej
stłoczona obok, na piaszczystej skarpie:
obserwatorzy ptaków! Składane siedzenia,
lunety na trójnogach, lornetki polowe,
kurtki z mnogością fachowych kieszonek,
spłowiałe kapelusze i kamery "Sony":
prawdziwi, tkwiący tu dobrą połowę
dnia, zjeżdżający co niedziela
obserwatorzy ptaków, ludzie, którzy
na pytanie "Kim jestem?" mówią sobie: "Jestem
obserwatorem ptaków"! Był ich prawie tuzin,
wpatrzonych w jedną stronę. Nigdy jeszcze
tak niezdefiniowany, tak z boku, wygnany…
nagle drgnąłem wraz z nimi. Jakby wszystkich przeszył
ten sam prąd: spoza trzcin mokro zakłapał
groteskowo sflaczały dźwięk - ogromna czapla
wzbiła się, spójrz, jak blisko!, i poprzecznym
lotem poniosła nad wydmami,
tak, "Wielka Czapla Błękitna" z fotosu
w broszurce, "bardzo rzadko spotykana"! Tłumek
wydał wspólny, radosny pomruk, kilka osób
podniosło oczy znad wzierników lunet:
i wszystkich objął uśmiech - bezpieczny, bezsprzeczny.
Więc świat może jest po to, by przeszył, otworzył
nas czasem znak, jak strzałka: "JESTEŚ TUTAJ:
wśród ludzi, obcych, ale jesteście - zaufaj -
po jednej stronie, współobserwatorzy
ptaków, pogody, innych rzeczy".
(osobiście dedykuję wszystkim obserwatorom ptaków, którzy są. Ale szczególnie tym, których już nie ma)
poniedziałek, 14 czerwca 2010
Bajka z Nabokova
-Chłopiec!
Okrzyk ten był pierwszym dźwiękiem, który dotarł do uszu nowo narodzonego Zygmusia.
Potem mógł słyszeć przede wszystkim swój rozdzierający szloch.
Ważył akurat tyle, co trzeba. Zdrów jak ryba– orzekł też wkrótce pan doktor i mama z dzieckiem mogli opuścić zimny szpital i wrócić (matka) lub pierwszy raz przybyć (syn) do domu.
Zaczęło się niewinnie.
- Aaaaaaaaaaaaaa! - płakał malec.
- Już, cichutko – odpowiadał ojciec.
- Eeeeeeeeeeeeee! - wył dalej Zygmuś.
- Cichuteńko, spokojnie, już, ciiiiii.
- Aaaaaaaaaaaaaa!
- A a a, kotki dwa, szare bure obydwa...
- Eeeeeeeeeeeeeee!
Nikt oczywiście niczego jeszcze nie zauważył. W zasadzie trudno się dziwić. Nie ma też nic nadzwyczajnego w tym, że w czterech pierwszych opanowanych przez malca słowach (mama, tata, sama, lata) nikt nie dopatrzył się zależności.
Przyjrzyjmy się trzyletniemu już Zygmusiowi. Buduje wieżę z klocków. Czerwony klocek. Niebieski. Czerwony. Niebieski. Rodzice zadowoleni, dziecko się rozwija i zaczyna odróżniać kolory.
Ma już sześć lat i idzie do zerówki. Wśród jego kolegów (oczywiście) spotkamy Tomka, Maćka, Romka i Wacka. Tato się śmieje, że zabawnie się dobrali. Zygmuś nie widzi w tym nic śmiesznego.
Pierwsza miłość? Zosia.
Druga? Basia.
Trzecia? Tak, dobrze myślicie. Gosia.
I tak ze wszystkim. Na półce z książkami - „Mistrz i Małgorzata”, obok, zamiast Psiego Serca albo Białej Gwardii – Władca Pierścieni podpierany przez „Pożegnanie lata”, które z kolei stoi ramię w ramię z obcą gatunkowo „Godziną cieni”.
Wkrótce Zygmunt wzbogaca swoją sztukę rymotwórczą. Nie tylko poznaje rym okrężny, uczy się także rymować ze sobą nie słowa, a zdarzenia. Zaczyna dzień filiżanką kawy, w środku doby wypija dwie herbaty, by zakończyć ją małą czarną. Potem rzecz jasna nie mogąc zasnąć przeklina w duchu nieprzemyślaną kompozycję.
Tworzy w ten sposób strukturę całych tygodni i miesięcy. W każdym roku jego życia usłyszeć można czysty stukot wewnętrznych rymów – styczeń pokrywa się z grudniem, poniedziałek z niedzielą, czerwiec z lipcem wspaniale współbrzmią, cudownie komponując się ze zgodnym dźwiękiem północy z północą.
Gdy Zygmunt poczuje, że poemat dobiega kresu, pozostanie mu już tylko znaleźć najważniejszy rym, który pozwoli zamknąć życie w spójnej formie.
Uda się więc pod wielki kopiec, usypany na część jakiegoś wielkiego herosa przeszłości. Siądzie na ławce. Świat będzie mu powoli gasł przed oczyma, znajdzie jednak dość siły, by wskazać przechodzącemu chłopcu wzniesienie i zapytać:
- Co to jest?
Malec zaś nie usłyszy pytania. Zygmunt przestanie istnieć i nigdy już nie otrzyma odpowiedzi.
Chyba, że gdzieś tam, na tamtym brzegu, również są jakieś kopce.
Okrzyk ten był pierwszym dźwiękiem, który dotarł do uszu nowo narodzonego Zygmusia.
Potem mógł słyszeć przede wszystkim swój rozdzierający szloch.
Ważył akurat tyle, co trzeba. Zdrów jak ryba– orzekł też wkrótce pan doktor i mama z dzieckiem mogli opuścić zimny szpital i wrócić (matka) lub pierwszy raz przybyć (syn) do domu.
Zaczęło się niewinnie.
- Aaaaaaaaaaaaaa! - płakał malec.
- Już, cichutko – odpowiadał ojciec.
- Eeeeeeeeeeeeee! - wył dalej Zygmuś.
- Cichuteńko, spokojnie, już, ciiiiii.
- Aaaaaaaaaaaaaa!
- A a a, kotki dwa, szare bure obydwa...
- Eeeeeeeeeeeeeee!
Nikt oczywiście niczego jeszcze nie zauważył. W zasadzie trudno się dziwić. Nie ma też nic nadzwyczajnego w tym, że w czterech pierwszych opanowanych przez malca słowach (mama, tata, sama, lata) nikt nie dopatrzył się zależności.
Przyjrzyjmy się trzyletniemu już Zygmusiowi. Buduje wieżę z klocków. Czerwony klocek. Niebieski. Czerwony. Niebieski. Rodzice zadowoleni, dziecko się rozwija i zaczyna odróżniać kolory.
Ma już sześć lat i idzie do zerówki. Wśród jego kolegów (oczywiście) spotkamy Tomka, Maćka, Romka i Wacka. Tato się śmieje, że zabawnie się dobrali. Zygmuś nie widzi w tym nic śmiesznego.
Pierwsza miłość? Zosia.
Druga? Basia.
Trzecia? Tak, dobrze myślicie. Gosia.
I tak ze wszystkim. Na półce z książkami - „Mistrz i Małgorzata”, obok, zamiast Psiego Serca albo Białej Gwardii – Władca Pierścieni podpierany przez „Pożegnanie lata”, które z kolei stoi ramię w ramię z obcą gatunkowo „Godziną cieni”.
Wkrótce Zygmunt wzbogaca swoją sztukę rymotwórczą. Nie tylko poznaje rym okrężny, uczy się także rymować ze sobą nie słowa, a zdarzenia. Zaczyna dzień filiżanką kawy, w środku doby wypija dwie herbaty, by zakończyć ją małą czarną. Potem rzecz jasna nie mogąc zasnąć przeklina w duchu nieprzemyślaną kompozycję.
Tworzy w ten sposób strukturę całych tygodni i miesięcy. W każdym roku jego życia usłyszeć można czysty stukot wewnętrznych rymów – styczeń pokrywa się z grudniem, poniedziałek z niedzielą, czerwiec z lipcem wspaniale współbrzmią, cudownie komponując się ze zgodnym dźwiękiem północy z północą.
Gdy Zygmunt poczuje, że poemat dobiega kresu, pozostanie mu już tylko znaleźć najważniejszy rym, który pozwoli zamknąć życie w spójnej formie.
Uda się więc pod wielki kopiec, usypany na część jakiegoś wielkiego herosa przeszłości. Siądzie na ławce. Świat będzie mu powoli gasł przed oczyma, znajdzie jednak dość siły, by wskazać przechodzącemu chłopcu wzniesienie i zapytać:
- Co to jest?
Malec zaś nie usłyszy pytania. Zygmunt przestanie istnieć i nigdy już nie otrzyma odpowiedzi.
Chyba, że gdzieś tam, na tamtym brzegu, również są jakieś kopce.
wtorek, 8 czerwca 2010
Operacja na żywej pamięci
W powietrzu unosi się sterylny zapach sali szpitalnej. Słychać brzdęk narzędzi chirurgicznych, które jedna z sióstr układa właśnie na stole. Zaraz zaczynamy. W zasadzie tylko trochę trzęsą mi się ręce. Ale stop! Jaka sala? Jakie narzędzia? Co mamy zaczynać? Czytelnikowi należą się chyba jakieś wyjaśnienia. Już, już o wszystkim opowiadam.
Pomieszczenie, w którym się aktualnie znajdujemy, to ni mniej, ni więcej tylko sala operacyjna, ukryta gdzieś w zakamarkach mojego umysłu. Całe jej wyposażenie stanowi stół i jakaś szafka, której nie chce mi się dokładnie wyobrażać. Ponadto znajduje się tu jeszcze wymyślony przeze mnie na poczekaniu personel – dwie siostry (niech będzie – Bożenka i Zosia) i dwóch specjalistów – chirurgów, którym nie mam już ochoty nadawać imion. Och, i oczywiście pacjent, ale o tym zaraz.
Jaki jest cel całego tego dziwacznego przedsięwzięcia? Operacja. To już wiemy. Ale nie będzie to, broń Boże, żadna trepanacja czaszki, przeszczep wątroby czy usunięcie wyrostka. To, co chcemy przeprowadzić, to zabieg chirurgiczny na żywej pamięci. Co w tym dziwnego? Doszedłem do wniosku, że skoro można człowiekowi usunąć zęba, nerkę lub nogę, ba, można nawet pozbawić go życia – to, tym bardziej, powinno być możliwe wycięcie jakiegoś fragmentu wspomnień tak, jak się wycina chorą tkankę. Logiczne, prawda? Cały zabieg jest oczywiście eksperymentem, a ja, dla dobra nauki, postanowiłem poświęcić dokładnie jeden dzień swojego życia i spróbować dokonać jego niwelacji.
Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, uda mi się usunąć 8 mają z pamięci, po czym umieścić go w odpowiednio oznaczonym słoiczku z formaliną. 7 maj powinien szybko zrosnąć się z 9, tworząc co najwyżej delikatną bliznę, która i tak szybko zniknie.
O trudności całego zabiegu niech świadczy fakt, że musi zostać on dokonany w czterech wymiarach. Nie wystarczy ciąć wzdłuż czasu, bo zostawimy w ten sposób zawieszoną w nicości przestrzeń, podobnie też odwrotny manewr stworzył by we wspomnieniach zapis doby pozbawionej treści. Do tego nie można dopuścić. Zaczynajmy zatem!
1. godzina operacji
Pierwszego cięcia dokonuje równo o północy, na samym początku. Prowadzę skalpel prosto przez pierwszą i druga w nocy, odcinam swój-pokój-7-maja od swojego-pokoju-8-maja. Ręce mi się trzęsą, przez przypadek nachodzę na dzień poprzedni i podkradam lampę z biurka. Nic to, wojna wymaga ofiar.
2. godzina operacji
Nareszcie odciąłem od siebie dwa sąsiadujące dni i tnę już poranek, razem z kubkiem herbaty i komputerem. Przy obiedzie muszę uważać, by nie rozciąć tętnic łączących ten dzień poprzednimi (już choćby z tej racji, że dwa razy pod rząd na moim stole gościłypierogi). Udaje się jednak bez problemu.
4. godzina operacji
Prowadzę skalpel przez wypad rowerowy. Tutaj drżenie rąk znowu przynosi efekty i kilka drzew, dwa domki i babcia pracująca w polu zostają w mojej pamięci. Muszę się bardziej starać. Potem idzie lepiej, niebo na Gotówką udaje się łatwo oddzielić od tkanki wspomnień.
7. godzina operacji
Spektakl teatralny to, wydawałoby się, nic trudnego, jednak nawet tu nie obeszło się bez ofiar. Nie udaje się wprawnie usunąć jednego kwadransa. Nie ma się czym przejmować, to już niemal koniec.
9. godzina operacji
Cięcie między dniem dzisiejszym a wczorajszym. Tym razem wychodzi bezbłędnie.
12. godzina operacji
Uff, skończone. Wycięty z pamięci dzień, jeszcze ociekający krwią, pakuję do oznakowanego słoiczka z napisem „7 mają 2010”. Zaszywam ranę, odkładam narzędzia i pozwalam pielęgniarkom, chirurgom i całej sali rozpłynąć się w odmętach wyobraźni. Na razie wystarczy. Na razie – bo to dopiero początek. Opracowuję już nowy eksperyment. Tym razem, w miejscu wyciętej tkanki, dokonam wszczepienia dnia wyhodowanego w warunkach laboratoryjnych.
W próbówkach udało się już otrzymać zaczątki niesamowitego, choć zupełnie przypadkowego spotkania z Agatą Buzek.
poniedziałek, 31 maja 2010
Ogłoszenie
Poszukuję osób, którzy mają w rodzinie dróżnika / dróżniczkę, bądź też znają taką osobę i mogę mnie z nią skontaktować. Potrzebuję podobnych znajomości z racji projektowanego tekstu na ten temat.
Niewtajemniczonym wyjaśniam, że dróżnik to pan lub pani, która otwiera i zamyka szlaban na przejściach kolejowych. W
Mogących pomóc proszę o kontakt (gg: 7990501, mail: lothermatheus@tlen.pl, lub też komentarz pod wpisem).
Z góry dziękuję.
Niewtajemniczonym wyjaśniam, że dróżnik to pan lub pani, która otwiera i zamyka szlaban na przejściach kolejowych. W
Mogących pomóc proszę o kontakt (gg: 7990501, mail: lothermatheus@tlen.pl, lub też komentarz pod wpisem).
Z góry dziękuję.
czwartek, 13 maja 2010
Ocalić od zapomnienia
Lipski kantor bardzo mile
uśmiecha się zza oszklenia.
Chciałbym wszystkie takie chwile
ocalić od zapomnienia.
Malarze mają oczywiście najłatwiej. Wyciągają pędzel, sztalugę, wdziewają obciachowy berecik z antenką i najzwyczajniej w świecie malują. Jedno pociągniecie – drzewko, drugie – domek, trzecie – zachodzące niebo. W trzech ruchach mogą uwiecznić światło, barwy, a nawet emocje i przekazać dalej daną chwilę sztafecie pokoleń. Zazdrościmy malarzom. Zazdrościmy także poetom. Kilka wersów, metaforka, epitecik – i scenka jak żywa, bez trudu można ożywić okręt w zatoce, pawia albo różę. Poeci dobrze wiedzą, że piękno ocala.
A za oknem migotliwie
Venus gałąź opromienia.
Chciałbym i ten błysk na szybie
ocalić od zapomnienia.
Prozaicy – ci t akże mają dobrze! Napisze taki powieść, epopeję albo choćby opowiadanko i bez trudu utrwali na wieki to, co mu się żywnie podoba. Przechowa krainę dzieciństwa – jak Miłosz w Dolinie Issy albo Konwicki w Kronice wypadków miłosnych - albo po prostu uwieczni chwilową impresję. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę arsenał środków, jakimi dysponuje. Dodajmy do tego grona szczęściarzy także fotografów, reżyserów, rzeźbiarzy, szklarzy i Bóg wie kogo jeszcze – jest na kogo patrzeć z zawiścią!
Minął dzień. Wciąż prędzej, prędzej
szybuje czas bez wytchnienia.
A ja chciałbym twoje ręce
ocalić od zapomnienia.
A co ja mam począć, by ocalić od przykrej zagłady niezliczone błyski na szybach albo czyjeś ręce? Poskąpiono mi talentów – szczytem moich osiągnięć plastycznych jest Lechu, zdolności poetyckie pozwalają jedynie na zrymowanie wiosny z radosnym, a wszelki tekst literacki, zajmujący więcej niż stronę zawsze wychodzi mi jak Komorowskiemu orędzia – fatalnie. Wspaniałości, których bywam świadkiem, są zatem skazane na ciasne więzienie mojej świadomości.
Z dnia na dzień tkaninę tkamy
wzorzystą dla pokolenia.
Chciałbym i blask naszej lampy
ocalić od zapomnienia.
Próbowałem, a jakże, podjąć się prób opisania rozmaitych wydarzeń tak, jak się zdaje relację. „Była godzina pierwsza nad ranem. Na sali było ciemno, jedynym źródłem światła był podświetlony krzyż. Szemrała fontanna. Rozmawialiśmy o...”. Tylko jak to brzmi? Jak sprawozdanie ze spotkania kolektywu partyjnego. Nie, nie tędy droga do nieśmiertelności. A innej nie widzę.
Jesteśmy w pół drogi. Droga
pędzi z nami bez wytchnienia.
Chciałbym i mój ślad na drogach
ocalić od zapomnienia.
Lecz chyba nie ma się czym przejmować. Choćby najlepiej uchwycona chwila, oderwana od kontekstu świadomości tego, który ją sportretował, dla innych może być jedynie jak tekst piosenki pozbawiony nut. To, co wydaje mi się warte zachowania, jest takie tylko mi. Dolina Issy nie będzie dla nas tym samym, czym była dla Miłosza. Nic nie uratuje nas i naszych wspomnień przed zapomnieniem.
Moje bagno, moje nocne rozmowy i moje zachody rozsypią się zatem wraz ze mną w proch i trzeba się z tym pogodzić.
Cytaty pochodzą z "Pieśni" Gałczyńskiego. Kryptocytaty zaś - dla uważnych i dociekliwych - z "Do Ryszarda Krynickiego - Listu" Herberta i "Kalendarza i Klepsydry" Konwickiego.
uśmiecha się zza oszklenia.
Chciałbym wszystkie takie chwile
ocalić od zapomnienia.
Malarze mają oczywiście najłatwiej. Wyciągają pędzel, sztalugę, wdziewają obciachowy berecik z antenką i najzwyczajniej w świecie malują. Jedno pociągniecie – drzewko, drugie – domek, trzecie – zachodzące niebo. W trzech ruchach mogą uwiecznić światło, barwy, a nawet emocje i przekazać dalej daną chwilę sztafecie pokoleń. Zazdrościmy malarzom. Zazdrościmy także poetom. Kilka wersów, metaforka, epitecik – i scenka jak żywa, bez trudu można ożywić okręt w zatoce, pawia albo różę. Poeci dobrze wiedzą, że piękno ocala.
A za oknem migotliwie
Venus gałąź opromienia.
Chciałbym i ten błysk na szybie
ocalić od zapomnienia.
Prozaicy – ci t akże mają dobrze! Napisze taki powieść, epopeję albo choćby opowiadanko i bez trudu utrwali na wieki to, co mu się żywnie podoba. Przechowa krainę dzieciństwa – jak Miłosz w Dolinie Issy albo Konwicki w Kronice wypadków miłosnych - albo po prostu uwieczni chwilową impresję. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę arsenał środków, jakimi dysponuje. Dodajmy do tego grona szczęściarzy także fotografów, reżyserów, rzeźbiarzy, szklarzy i Bóg wie kogo jeszcze – jest na kogo patrzeć z zawiścią!
Minął dzień. Wciąż prędzej, prędzej
szybuje czas bez wytchnienia.
A ja chciałbym twoje ręce
ocalić od zapomnienia.
A co ja mam począć, by ocalić od przykrej zagłady niezliczone błyski na szybach albo czyjeś ręce? Poskąpiono mi talentów – szczytem moich osiągnięć plastycznych jest Lechu, zdolności poetyckie pozwalają jedynie na zrymowanie wiosny z radosnym, a wszelki tekst literacki, zajmujący więcej niż stronę zawsze wychodzi mi jak Komorowskiemu orędzia – fatalnie. Wspaniałości, których bywam świadkiem, są zatem skazane na ciasne więzienie mojej świadomości.
Z dnia na dzień tkaninę tkamy
wzorzystą dla pokolenia.
Chciałbym i blask naszej lampy
ocalić od zapomnienia.
Próbowałem, a jakże, podjąć się prób opisania rozmaitych wydarzeń tak, jak się zdaje relację. „Była godzina pierwsza nad ranem. Na sali było ciemno, jedynym źródłem światła był podświetlony krzyż. Szemrała fontanna. Rozmawialiśmy o...”. Tylko jak to brzmi? Jak sprawozdanie ze spotkania kolektywu partyjnego. Nie, nie tędy droga do nieśmiertelności. A innej nie widzę.
Jesteśmy w pół drogi. Droga
pędzi z nami bez wytchnienia.
Chciałbym i mój ślad na drogach
ocalić od zapomnienia.
Lecz chyba nie ma się czym przejmować. Choćby najlepiej uchwycona chwila, oderwana od kontekstu świadomości tego, który ją sportretował, dla innych może być jedynie jak tekst piosenki pozbawiony nut. To, co wydaje mi się warte zachowania, jest takie tylko mi. Dolina Issy nie będzie dla nas tym samym, czym była dla Miłosza. Nic nie uratuje nas i naszych wspomnień przed zapomnieniem.
Moje bagno, moje nocne rozmowy i moje zachody rozsypią się zatem wraz ze mną w proch i trzeba się z tym pogodzić.
Cytaty pochodzą z "Pieśni" Gałczyńskiego. Kryptocytaty zaś - dla uważnych i dociekliwych - z "Do Ryszarda Krynickiego - Listu" Herberta i "Kalendarza i Klepsydry" Konwickiego.
niedziela, 25 kwietnia 2010
Adoptuj słowo!
Ze słowami jest jak z ludźmi. Gdy jakieś wydaje nam się atrakcyjne, nie rozstajemy się nim, staje się ono stałym domownikiem naszej codziennej mowy i służy wiernie w każdej potrzebie.
Wystarczy jednak chwilowa zmiana mody, jakiś chwytliwy synonim, szumne hasełko, by niedawno jeszcze doceniany wyraz został przez nas wyeksmitowany na bruk języka, gdzie czeka go tylko płacz i zgrzytanie zębów. Tak, w naszych językowych wyborach nie kierujemy się zasadami lingwistycznego humanizmu. Wybieramy to, co się nam podoba, w zależności od kaprysów to wywyższając jedne słowa, to odprawiając inne w niebyt. Nie towarzyszy nam przy tym najmniejsza choćby refleksja nad losem zapomnianych przysłów, wyrażeń i zwrotów.
Przejęty tą tragiczną sytuacją odwiedziłem sierocińce słów, przyjrzałem się zabiedzonym Autom, próbowałem pocieszać Jesionkę, Wdzianko i Drapichrusta, rozmawiałem także z rozżalonym Kozim Rogiem. Ten obraz nędzy i rozpaczy wstrząsnął mną dogłębnie i kazał szukać rozwiązania. Efektem tych poszukiwań jest niniejsza akcja.
Bracia i siostry!
Jeśli macie w sobie jeszcze choć resztki wrażliwości językowej, nie pozwólcie wyginąć przeuroczym słowom, które jeszcze niedawno były tak żywe w naszej mowie. Ustrzeżmy się przed wulgaryzacją, walczmy o bogactwo naszych codziennych rozmów. Zamiast zapierdalać – róbmy coś w trymiga, zamiast wypierdalać – dawajmy dyla, miast pierdolić – bajdurzmy i plećmy trzy po trzy. W naszym zdziwieniu i rozgoryczeniu nie ograniczajmy się do rzucania kurwami, dajmy się dundrom świstać, a gęsiom kopać. Zrzućmy z siebie t-shirty, jeansy i dresy, a przywdziejmy kufajki, surduty i szarawary.
Specjalnie dla was przygotowałem poniższą listę wybranych przeze mnie wyrażeń. Podzieliłem ją na dosyć specyficzne kategorie, często trudno bowiem znaleźć jakiś wspólny mianownik łączący te urocze ramotki. Wybierzcie sobie przynajmniej kilka słów, które najbardziej się Wam spodobają i przygarnijcie je pod dachy Waszej mowy. Każdy, kto podejmie się tej lingwistycznej adopcji, otrzyma ode mnie specjalny, imienny certyfikat poświadczający jego zaangażowanie w ratowanie narodowego dobra, jakim jest język.*
Do dzieła, przyjaciele!
Szczególne podziękowania dla:
- Marcina, za inspirację i 80% niniejszego zasobu
- Jacka, zwłaszcza za "pejoratywne określenia człowieka", ineksprymable i desusy.
- Przemysława, nie pamiętam, za co
- Oli, w szczególności za bawidamka
Zwroty synonimiczne do „o kurwa”:
A niech mnie dunder świśnie!
A niech mnie gęś kopnie!
A to ci heca!
Bożesz Ty mój!
Do diaska!
Do stu beczek kartaczy!
Ja cię kręcę!
Jasny gwint!
Kurczę blade!
Kurka wodna!
Kurza stopa!
Motyla noga!
Niech mnie kule biją!
O rety!
Olaboga!
Pal go sześc!
Pal to licho!
Psiakość!
Psiakrew!
Rany Julek!
Powitania / pożegnania:
Całuję rączki!
Czołem!
Graba!
Kłaniam się nisko!
Moje uszanowanie!
Serwus!
Szufla!
Przymiotniki pozytywne:
Czadowy
Byczy
Cool
Klawy
Morowy
Równy (gość)
Wypasiony
Rzeczowniki:
Balety
Potańcówka
Prywatka
Sympatia
Auto
Fura
Gablota
Latryna
Ustęp
Wychodek
Dolce
Forsa
Szmal
Berbeć
Dziatki
Milusińscy
Pociecha
Majsterkowicz
Desusy – majtki damskie
Ineksprymable - kalesony
Jesionka
Kufajka
Palto
Prochowiec (tutaj pozdrawiam właścicielkę prochowca a la Humbert Humbert)
Surdut
Szarawary
Szlafmyca
Wdzianko
Kłamać:
Bajdurzyć
Kantować
Kitować
Nabić w butelkę
Pleść duby smalone
Pleść trzy po trzy
Ściemniać
Zalewać
Zrobić na szaro
Zrobić w balona
Pejoratywne określenia człowieka:
Ananas
Ancymon
Bawidamek
Bęcwał
Bisurman
Bumelant
Chuligan
Dandys
Darmozjad
Drań
Drapichrust
Gach
Gagatek
Gamoń
Hultaj
Huncwot
Łajdak
Łapserdak
Łobuz
Łotr
Nicpoń
Nikczemnik
Nygus
Opryszek
Pasibrzuch
Psotnik
Rozrabiaka
Rzezimieszek
Szelma
Swawolnik
Szubrawiec
Świszczypała
Trzpiot
Urwipołeć
Urwis
Wisus
Zbir
Ziółko
Złoczyńca
Varia:
Boki zrywać
Dać asumpt
Dać dyla
Koń by się uśmiał
Na chybcika
Nie lada gratka
Pic na wodę
Uderzać w konkury
W trymiga!
Zapędzić w kozi róg
Zjadłbym konia z kopytami!
*osobom spoza Chełma oferujemy możliwość przesłania certyfikatu pocztą (przez gołębia).
Wystarczy jednak chwilowa zmiana mody, jakiś chwytliwy synonim, szumne hasełko, by niedawno jeszcze doceniany wyraz został przez nas wyeksmitowany na bruk języka, gdzie czeka go tylko płacz i zgrzytanie zębów. Tak, w naszych językowych wyborach nie kierujemy się zasadami lingwistycznego humanizmu. Wybieramy to, co się nam podoba, w zależności od kaprysów to wywyższając jedne słowa, to odprawiając inne w niebyt. Nie towarzyszy nam przy tym najmniejsza choćby refleksja nad losem zapomnianych przysłów, wyrażeń i zwrotów.
Przejęty tą tragiczną sytuacją odwiedziłem sierocińce słów, przyjrzałem się zabiedzonym Autom, próbowałem pocieszać Jesionkę, Wdzianko i Drapichrusta, rozmawiałem także z rozżalonym Kozim Rogiem. Ten obraz nędzy i rozpaczy wstrząsnął mną dogłębnie i kazał szukać rozwiązania. Efektem tych poszukiwań jest niniejsza akcja.
Bracia i siostry!
Jeśli macie w sobie jeszcze choć resztki wrażliwości językowej, nie pozwólcie wyginąć przeuroczym słowom, które jeszcze niedawno były tak żywe w naszej mowie. Ustrzeżmy się przed wulgaryzacją, walczmy o bogactwo naszych codziennych rozmów. Zamiast zapierdalać – róbmy coś w trymiga, zamiast wypierdalać – dawajmy dyla, miast pierdolić – bajdurzmy i plećmy trzy po trzy. W naszym zdziwieniu i rozgoryczeniu nie ograniczajmy się do rzucania kurwami, dajmy się dundrom świstać, a gęsiom kopać. Zrzućmy z siebie t-shirty, jeansy i dresy, a przywdziejmy kufajki, surduty i szarawary.
Specjalnie dla was przygotowałem poniższą listę wybranych przeze mnie wyrażeń. Podzieliłem ją na dosyć specyficzne kategorie, często trudno bowiem znaleźć jakiś wspólny mianownik łączący te urocze ramotki. Wybierzcie sobie przynajmniej kilka słów, które najbardziej się Wam spodobają i przygarnijcie je pod dachy Waszej mowy. Każdy, kto podejmie się tej lingwistycznej adopcji, otrzyma ode mnie specjalny, imienny certyfikat poświadczający jego zaangażowanie w ratowanie narodowego dobra, jakim jest język.*
Do dzieła, przyjaciele!
Szczególne podziękowania dla:
- Marcina, za inspirację i 80% niniejszego zasobu
- Jacka, zwłaszcza za "pejoratywne określenia człowieka", ineksprymable i desusy.
- Przemysława, nie pamiętam, za co
- Oli, w szczególności za bawidamka
Zwroty synonimiczne do „o kurwa”:
A niech mnie dunder świśnie!
A niech mnie gęś kopnie!
A to ci heca!
Bożesz Ty mój!
Do diaska!
Do stu beczek kartaczy!
Ja cię kręcę!
Jasny gwint!
Kurczę blade!
Kurka wodna!
Kurza stopa!
Motyla noga!
Niech mnie kule biją!
O rety!
Olaboga!
Pal go sześc!
Pal to licho!
Psiakość!
Psiakrew!
Rany Julek!
Powitania / pożegnania:
Całuję rączki!
Czołem!
Graba!
Kłaniam się nisko!
Moje uszanowanie!
Serwus!
Szufla!
Przymiotniki pozytywne:
Czadowy
Byczy
Cool
Klawy
Morowy
Równy (gość)
Wypasiony
Rzeczowniki:
Balety
Potańcówka
Prywatka
Sympatia
Auto
Fura
Gablota
Latryna
Ustęp
Wychodek
Dolce
Forsa
Szmal
Berbeć
Dziatki
Milusińscy
Pociecha
Majsterkowicz
Desusy – majtki damskie
Ineksprymable - kalesony
Jesionka
Kufajka
Palto
Prochowiec (tutaj pozdrawiam właścicielkę prochowca a la Humbert Humbert)
Surdut
Szarawary
Szlafmyca
Wdzianko
Kłamać:
Bajdurzyć
Kantować
Kitować
Nabić w butelkę
Pleść duby smalone
Pleść trzy po trzy
Ściemniać
Zalewać
Zrobić na szaro
Zrobić w balona
Pejoratywne określenia człowieka:
Ananas
Ancymon
Bawidamek
Bęcwał
Bisurman
Bumelant
Chuligan
Dandys
Darmozjad
Drań
Drapichrust
Gach
Gagatek
Gamoń
Hultaj
Huncwot
Łajdak
Łapserdak
Łobuz
Łotr
Nicpoń
Nikczemnik
Nygus
Opryszek
Pasibrzuch
Psotnik
Rozrabiaka
Rzezimieszek
Szelma
Swawolnik
Szubrawiec
Świszczypała
Trzpiot
Urwipołeć
Urwis
Wisus
Zbir
Ziółko
Złoczyńca
Varia:
Boki zrywać
Dać asumpt
Dać dyla
Koń by się uśmiał
Na chybcika
Nie lada gratka
Pic na wodę
Uderzać w konkury
W trymiga!
Zapędzić w kozi róg
Zjadłbym konia z kopytami!
*osobom spoza Chełma oferujemy możliwość przesłania certyfikatu pocztą (przez gołębia).
Subskrybuj:
Posty (Atom)