poniedziałek, 20 grudnia 2010

Spawa honoru


Kultura umarła. Nieśmiertelna sztuka okazała się śmiertelna, śmiertelne okazały się także - o zgrozo! - dobre maniery i można być pewnym, że wszystko, co znamy i cenimy niebawem w proch się obróci. Nadszedł kres cywilizacji, płótna Boticellego już wkrótce spłoną na stosach razem z dziełami Heinego (także Jacoba) i sonatami Bacha. Pora umierać - powie zapewne czytelnik, który uważa wyżej wymienione rzeczy za świętość i podwalinę wszystkiego. Pora umierać - powiedzą także ci, którzy prowadzą w radiu audycje o muzyce rockowej i udają wampiry. Widzę was, kochani, gdy wstępujecie na taborety i wiążecie u swych białych, łabędzich szyi pętle powrozów, gdy przykładacie do bladych skroni lufę rewolweru lub gdy Wasze kruche i delikatne ręce sięgają po fiolkę z cykutą…

Nie tak szybko, moi mili!

Rozluźnijcie na moment węzeł, zabezpieczcie broń i odstawcie truciznę po to tylko, aby wysłuchać mnie do końca. Znalazłem bowiem cudowne antidotum na tę dramatyczną sytuację, wydaje mi się, że widzę drogę do zmartwychwstania tego, co kochamy. Być może będzie nam dane żyć dalej, być może nie zaleją nas barbarzyńcy, a Marek Aureliusz spokojnie zgasi lampę i pójdzie spać.

Coś przeoczyliśmy, najmilsi. Jakiś dźwięk grający w duszy został zagłuszony przez operowe śpiewy, jakiś blask przybladł, zasłonięty Narodzinami Wenus; jakaś cudna strofa umknęła naszej uwadze, gdy zachwycaliśmy się - być może nadaremne! - Intermezzem lirycznym. Cóż to być może - pytanie to już zapewne tłucze się w wykształconej głowie czytelnika i niechybnie rozsadzi mu czaszkę, jeśli prędko nie znajdzie odpowiedzi. Ale odpowiedź już jest, czeka sobie cichutko na skraju tego akapiciku, gotowa olśnić swym powabem zmysły drogiego czytelnika. Tak, tak, tym niezauważonym skarbem, remedium na regres człowieczeństwa, lekiem na całe zło jest nic innego jak… SPAWANIE TIG-IEM.

O, tęczowi bogowie! Więc rozbrzmiał ten dźwięk w uszach czytelników, opadła zasłona tajemnicy i o oto poznaliście, jak zostaliście poznani! Czuję drgania Waszego zachwytu, zachwytu nad prostotą i pięknem rozwiązania, tę euforię rozwiązanej zagadki, roztrzaskanego zadania z algorytmów, ten wdzięk, powab i cichy stukot!

Zachwyt powoli zmienia się w lekkie zakłopotanie. Bo jak to: gmach cywilizacji zachwiał się po defenestracji Bacha i Boticellego, a oto nowym jego fundamentem ma się stać coś tak trywialnego z pozoru jak spawanie? Czytelnik jest czytelnikiem wnikliwym i zauważył od razu to magiczne słowo - „pozornie”. Tak, tak jest w istocie, albowiem w spawaniu nie ma ni krzty trywialności, znajdziemy w nim jedynie doniosłość, wzniosłość, patos i paradygmaty, choć tych ostatnich nie jestem pewien.

Świat łuków elektrycznych, karbidu, nitów jest lepszym ze światów. Po zagładzie uniwersum, które znamy, będzie on celem naszego exodusu. Z zakurzonych bibliotek, pustych sal muzealnych i filharmonii udamy się - podobnie jak Żydzi pod wodzą Mojżesza zmierzający do Ziemi Świętej - w nieprzebyte ostępy spawalniczego raju. Będziemy spawać ze sobą pręty stalowe, koleje żelazne, kłęby tytanu i połacie blach. Ta nowa rzeczywistość nigdy już nie ulegnie zachwianiu. Wszak, jak pisał poeta, „spawanie to takie danie, które smakować mi nie przestanie”. To nie poezja! - oburzy się mój łabędzioszyi czytelnik i fuknie, lecz nie będzie miał racji. Wszystko jest poezją.

niedziela, 26 września 2010

Jeden dzień mojego miasta (traktat dygresyjny)


(Oldze, która chyba lubi ten Chełm, choć nie lubi swojego imienia)

„Trzeba było je widzieć - te małe i maleńkie miasta mojej ojczyzny. Nauczyły się jednego dnia na pamięć; wykrzykują go bez przerwy w słońce jak wielkie szare papugi” - tak napisałby Rainer Maria Rilke (gdyby kiedykolwiek istniał) we wspaniałym szkicu Intérieurs (gdyby kiedykolwiek go napisał), a ja (ja istnieję na pewno, nie obawiaj się, czytelniku) uznałbym, że słowa niemal idealnie opisują moje miasto.

Zastanawiam się tylko, jak wyglądałby ów uporczywie recytowany dzień w jego wykonaniu. Byłby na pewno długi - moje miasto ma irytującą skłonność do przedłużania wszystkiego. Owo „wszystko” mieści w sobie cały zakres zjawisk: od czasu czekania na autobus, przez niemiłosiernie ciągnące się, leniwe (głupia klisza językowa) popołudnia, skończywszy zaś na dziwnych minutach między zapadnięciem zmroku a zapaleniem latarni, który to okres wydaje się być okiem puszczonym przez miasto gwałcicielom, złodziejom i powracającym kochankom (gdyby jacykolwiek kochankowie raczyli do nas zawitać, w co jednak serdecznie wątpię).

Byłby też zapewne dniem odartym z jakiejkolwiek doniosłości. Nie zdarzyłoby się w nim nic godnego uwiecznienia w annałach, w miejskim mrowisku ludzie - mrówki wykonywaliby swoją mrówczą robotę i nie znalazłby się żaden łobuz z lupą (któż z nas nie bawił się w przypalanie pracowitych owadów?), który zechciałby ubarwić kroniki jakąś wielką tragedią. Nagłówków cotygodniowych gazet nie zaszczyciłby też żaden bohaterski czyn - nikt nie rzuci się po koła autobusu, by uratować dziecko; jeśli zaś nawet jakiś wyrostek (tak według mojego ojca mówi się na młodych ludzi na ulicy Lubelskiej) przeprowadzi babcie przez zatłoczoną jezdnię, czyn ten pozostanie niezauważony.

Dzień, który moje miasto powtarzałoby bez przerwy jak zdartą płytę (znowu zdarta klisza) byłby po prostu dniem drobnych przyjemności - takich jak piwo w zatłoczonym barze - i drobnych świństw, takich jak oskarżenie ogólnie szanowanego redaktora P. o mijanie się z prawdą, co stanowczo mija się z prawdą (a podwójne mijanki, jak powszechnie wiadomo, kończą się „tragicznymi wypadkami” i „pijakami za kierownicą” na pierwszych stronach naszych gazet).

W taki oto dzień mógłbym zabrać drogiego czytelnika na krótki spacer po Chełmie, pokazać mu to i owo (o ile „to” jeszcze jakoś przejdzie, to „owo” wydaje się zbyt familiarne) i udowodnić ponad wszelką wątpliwość, że na wątpienie w wątpliwość rzeczywistości należy patrzeć z powątpiewaniem. Nieistniejący niestety poeta, niejaki Czesław Miłosz, tak napisał kiedyś w nigdy nienapisanym wierszu:

Niektórzy mówią, że nas oko łudzi
I że nic nie ma, tylko się wydaje,
Ale ci właśnie nie mają nadziei.
Myślą, że kiedy człowiek się odwróci,
Cały świat za nim zaraz być przestaje,
Jakby porwały go ręce złodziei.

Nie daj się omamić eklektycznym wierszokletom, mój drogi! Nie ma żadnych złodziei, ulice i place za naszymi plecami znikają tak o, jakby same z siebie. Nie widzę zresztą powodu, by ktokolwiek chciał je kraść. A skoro już wyjaśniliśmy sobie tę kwestię, chodźmy na spacer - jedź dalej, czytelniku !, jak zapewne napisałby Iwan Turgieniew, gdyby dane mu było kiedykolwiek przyjść na świat w uroczej guberni orłowskiej pod koniec drugiej dekady XIX wieku.

Muszę przy tym uczciwie (choć bez żalu i skruchy) przyznać, że przynajmniej połowy ulic i uliczek nie poznałem nawet w połowie tak dobrze, jak powinienem (odzywa się dalekim echem tolkienowski Bilbo i jego przyjęcie urodzinowe, które nigdy się nie odbyło), a mniej niż połowę z nich lubię o połowę mniej, niż na to zasłużyły. Połowię jeszcze nieco wypłowiałą magię owych niewypełnionych poznaniem połaci, ale wiem, że dwa popołudnia i jedna pełnia to za mało, by uzupełnić niepełne wykształcenie. Nasz spacer nie będzie więc pełnowymiarowy, ujmiemy tylko rzeczy najważniejsze i warte wspomnienia.

Zaczniemy oczywiście od mojej ulicy - choćby z tej racji, że spędzam tu większość czasu, znacznie częściej zatem gości ona w ciepłych progach realności. Moja Rampa Brzeska nie jest na szczęście jedną z tysięcy wariacji z powtórzeniami słynnej (a mimo to ani trochę rzeczywistej) Ulicy Krokodyli urojonego Schulza.

Pewną jej część zajmuje rampa kolejowa; powoli zarastający burzanami (naprawdę to napisałem?) placyk wyłożony ośmiokątnymi betonowymi płytami:

No i dlatego ta ulica,
Czy może raczej - humoreska,
nazwana jest tak właśnie,
Rampa Brzeska


- jeśli pozwolić sobie na dosyć mierną parafrazę Mandelsztama i jego wymyślonej ulicy . W dzieciństwie jeździłem tu (tam?) rowerem i bałem się baby Jagi, która na dziko zamieszkiwała ceglany domek należący zapewne do dyrekcji kolei. Koniec dzieciństwa na szczęście unicestwił poczciwą starowinkę zanim kolej dopomniała się o swoją własność, obyło się więc bez przykrych eksmisji do domu opieki społecznej, łez i robienia pod siebie na złość pielęgniarkom, co stanowczo nie przystoi postaciom z bajek.

Tory, do których przytuliła się (klisza, ale ujdzie)moja humoreska, biegną - nie wiedzieć czemu - z zachodu na wschód, tak, jakby cokolwiek istniało tam, gdzie każdego ranka pojawia się słońce. Na wschód od Edenu być może rzeczywiście da się cokolwiek znaleźć (tak przynajmniej twierdzą niektórzy nieistniejący nobliści), na wschód od Chełma jednak - jestem o tym absolutnie przekonany - zieją jedynie zaprzepaszczone przepaście, psioczą psiogłowi, grasują grasejujący grasanci i aż roi się od bezliku bezmyślnych aliteracji.

Jeden z najuporczywiej nieistniejących poetów, Woroszylski Wiktor (ur. - zm. -, poeta, prozaik, tłumacz), zastanawiał się kiedyś, jak wyglądałaby jego ulica bez niego. Ćwiczenie z nieobecności wychodziło mu średnio, jak dobrze, że mi to nie grozi - wiem aż nazbyt dobrze, że moja ulica beze mnie nie istnieje.

Boję się napisać cokolwiek więcej o Rampie, by nie odrzeć jej do szczętu z szat tajemnicy. Czytelnik pozwoli zatem, że wzniesiemy się na wyżyny (wejdziemy na kładkę nad torami) i przejdziemy gładko i bezboleśnie do następnego rozdziału. Tak, Chełm jest bowiem - tak, jak Lublin według niejakiego tropiciela Kabały, pana Panasa - księgą, o czym przekonuję się zawsze, gdy widzę na chodniku napisane kredą słowo „frajer”.

Osiedle Dyrekcja. Nikt już tak naprawdę nie wie, jakiej dyrekcji (dyrektywie? dyrdymałom?) zawdzięcza ono swoją nazwę, nie jest to zresztą ważne. Na tę część miasta składa się dworzec kolejowy, długa i reprezentacyjna aleja, którą szpaler drzew odprowadza aż po sam Gmach - miejsce, w którym zapisała się czarna karta (wyświechtana od częstego używania w książkach historycznych) historii miasta - tutaj właśnie doszło do podpisania Manifestu Lipcowego. Mieszkańcy podzielili się na dwa obozy - jedni są z tego faktu dumni, inni wspominają tylko ze zgrozą czasy, gdy po corocznej paradzie ulice nosiły ślady gąsienic. I nie chodzi bynajmniej o piekące, choć w gruncie rzeczy niegroźne ślady, jakie zostawiają na skórze dzieci bawiących się pod (niekoniecznie trzema) dębami gąsienice gatunku Lasiocampa quercus.

Teraz proszę o skupienie. Dyrekcja rozpływa się za naszymi plecami, a my rozpoczynamy wyprawę do jądra ziemskiej ciemności (idiotyczna kontaminacja nigdy nie powstałych tytułów Verne’a i Conrada) - ruszamy na chełmską Górkę.

Jeśli ulicę Lubelską nazwiemy bijącą arterią miasta (ciekawe, czy czytelnika rażą te okryte liszajami klisze), to Górkę określić należy mianem jego serca. To tutaj, stojąc na wzniesieniu zwieńczonym krzyżem, ma się ochotę zanucić:

Elle Est née d’une ferme
Tout en haut d’un rocher
Ette ville que j’ai tant
Tant et tant aimée


- choć żaden wers nie jest tutaj na miejscu; nigdy nie było tu farmy, wzniesienia nawet przy dużej dawce optymizmu nie można nazwać skałą i, rzecz jasna, nikt tu niczego nie kocha. W każdym razie - z miejsca tego przemawia do nas bogata historia miasta, rozpościerają się też piękne widoki na okolicę ( ulubione zwroty autorów przewodników i biuletynów turystycznych), porastający zaś Górkę park stanowi ulubione miejsce suchotycznych schadzek zakochanych par (co słowo, to slogan). Jeśli ktoś zarzuci mi, że ten ohydny opis w żaden sposób nie oddaje uroku tej okolicy - odpowiem, że nie oddanie uroku, a jego zawłaszczenie jest owego opisu celem.

Zejdźmy jednak w ruchliwe ulice miasta, dajmy się porwać (na strzępy) barwnemu tłumowi przechodniów na placu Łuczkowskiego. Na ów tłum trzeba brać dużą poprawkę, bo:

O szóstej wieczór, jak po atomowej
wojnie, nie spotkasz żywej duszy w mieście.


Jak zapewne napisałby Brodski, gdyby dano mu dojść do głosu (pióra?). Tutaj skupia się życie towarzyskie miasta, tutaj śnią się inne światy, historia ociera się o nowoczesność, a bezbarwne zielone idee śpią wściekle.

Przyznać trzeba, że na naszą starówkę składa się istny amalgamat plagiatów. Stojąca na jego środku studnia to rzecz jasna kopia kazimierskiej, odgrywany zaś w południe hejnał jest kiepską parodią innego, przerywanego codziennie tatarską strzałą; niewinne z pozoru kamieniczki ktoś, nie pytając nikogo o zgodę, podebrał z opowiadań fikcyjnego pisarza Singera. Czasami trudno oprzeć się wrażeniu, że i spacerujący po placu mieszkańcy zostali gdzieś zapożyczeni - w ich wypadku jednak źródłem inspiracji musiało być jakieś tanie powieścidło (mimo, że tanie powieścidła przeżywają ostatnio swój zmierzch).

Z rynku możemy wyruszyć na cztery strony miasta (czy też świata, jak kto woli). Idąc na północ znajdziemy się w końcu na ulicy Sienkiewicza, gdzie od rana do nocy teatr uliczny wystawia jedną i tę samą sztukę - „Dresy”, kiepską parafrazę Dostojewskiego, pełną wulgaryzmów i skatologii (skejtologii?), wschód będzie wiązał się nieuchronnie z powrotem na Górkę. Południe odkryje przed nami deptak, miejsce godne osobnego traktatu, tutaj jednak niewarte wzmianki. Za deptakiem znajdziemy jeszcze cmentarz - warto wpaść tu na chwilę (niektóre chwile zdają się trwać wieczność - by zacytować dwuznaczną w tej sytuacji kliszę) i odwiedzić stryja Michaiła Bułhakowa. My jednak, drogi czytelniku, pozostawimy te obszary w błogiej mgiełce nieistnienia i zwrócimy się ku wiodącej na zachód ulicy Lubelskiej - właśnie „tą ulicą pójdziem stąd”, jak nigdy nie napisał wspomniany już Mandelsztam (celowo nie cytuję poprzedniego wersu - nie mam pewności, czy czytelnik jest aby na pewno TĄ osobą); będzie ona też niestety ostatnim punktem programu (i gwoździem do jego trumny).

Och, ulico, światłości mojego życia, ogniu moich lędźwi, motylu, admirablu mój (kontaminacja dwóch nabokovowskich wyznań miłosnych)! Lubelska jest jedynym miejscem, w którym przetrwał jeszcze dawny Chełm. Carskie budowle z cegły, mnóstwo zieleni i wiejskie niemal domki z niewielkimi ogródkami - oto i ona!

O owych domkach pisać można by pieśni, a ileż rymów dałoby się znaleźć do tych przydomowych ogrodów, „ogrodów, które kiedyś leżały za murami, na wsi, i które w powszechnym ścisku ciągle jeszcze cieszą się wolnością, wolnością wiosen, rozległością jesiennych dni i niebem, które rozciąga się nad nimi, wypełnione wiatrem i deszczem” (Rilke raz jeszcze). Jeśli coś ma Ci się nie przydarzyć , drogi czytelniku, w moim mieście, nie przydarzy Ci się właśnie tutaj i tylko tutaj, bo nieprawdą jest, że „nic - tak jak i wszystko - zdarza się gdziekolwiek” (a to żałobny według Miłosza Larkin). I to na Lubelskiej właśnie dobiegnie końca ów wykrzykiwany bez przerwy dzień, a wraz z nim skończy się i nasz spacer.

To oczywiście metafora - chełmski dzień nie kończy się nigdy, każdego ranka jego recytacja rozpoczyna się na nowo; można raz jeszcze przejść się Rampą Brzeską, odwiedzić Górkę - ale w gruncie rzeczy nie ma to większego sensu. Wszystko wyglądać będzie tak samo, jak teraz i tak samo, jak wyglądało dawno temu. Jeśli na świecie życie przejawia się w ciągłym ruchu i w ciągłej zmianie - w przypadku naszego (autorski zaimek dzierżawczy w stylu Gogola) miasta to właśnie nikły puls bezruchu i stagnacji świadczyć będzie zawsze, że jeszcze nie umarło.

Nasza przygoda jednak się kończy. Pozostaje mi zatem tylko pożegnać czytelnika nieistniejącą jak sam Puszkin puszkinowską frazą z Eugeniusza Oniegina:

Kimkolwiek jesteś, czytelniku,
Czy przyjacielem mym, czy wrogiem,
W miłym rozstańmy się okrzyku:
Bądź zdrów!


I uprzedzić, że nie wiem, czy w pełni wywiązałem się z zadania. Być może bowiem znalazłoby się coś, co byłoby moim Chełmem w większym stopniu niż nieistniejący poeci, językowe klisze i instrumentacje głoskowe, coś, co będę potrafił dostrzec i docenić dopiero wtedy, gdy wyjadę, a miasto za moimi plecami łagodnie osunie się w niebyt.

niedziela, 12 września 2010

Modlitwa pana Metaferejna - podróżnika

Panie, dziękuję Ci że stworzyłeś świat piękny i bardzo różny
a także za to że pozwoliłeś mi w niewyczerpanej dobroci
Twojej być w miejscach które nie były miejscami mojego
miarowego z dnia na co dzień

W końcu przychodzi taki moment. Pociągi hamują z gwizdem, koła roweru szurają o żwir podwórka, a autobusy otwierają swoje magiczne drzwi i wyrzucają nas na zewnątrz. Podróż dobiega końca i oto wracamy, mniej lub bardziej inni od tych, którzy wsiedli do zatłoczonego wagonu, zajęli miejsce na siodełku i dali się wessać niepojętej maszynie.

i
- że przez moment poczułem się współobserwatorem patrząc z nią na ptaki w ogrodzie botanicznym choć już nigdy się przecież nie zobaczymy
a potem na mostku na Uherce topiłem w rzece resztki rozpaczy

Nie wiemy jeszcze, po co było to wszystko. Na razie jesteśmy jedynie powracającymi, to znaczy tymi, którzy muszą się wyspać, najeść i opowiedzieć znajomym co trzeba. Trwa bolesna adaptacja do szarej rzeczywistości. Odkąd znikł nam sprzed oczu cel, czujemy się nieswojo. Mamy ochotę wyjść z domu i ruszyć dalej przez siebie. Ale dobrze wiemy, że trzeba zostać.

że w ostatnią ciążeńską noc na beżowej kanapie niejasno zarysowała mi się przyszłość
przybierając wyraźniejszą postać w pociągu chwilę potem

Zostajemy więc i zaczynamy powoli rozumieć, dlaczego to robimy. Jedni - z ciekawości. Świat jest przecież wielki i wspaniały, nie kończy się za wzgórzem na końcu drogi. Jedziemy więc za wzgórze, a potem za następne i następne - i wydaje się nam, że coś poznaliśmy, czegoś się dowiedzieliśmy. A przecież wzgórza nigdy się nie kończą, za kolejnym jest zawsze kolejne i życia by nam nie starczyło, aby wszystko zobaczyć. To jednak nie ma znaczenia, ciekawi świata myślą bowiem: zobaczę, więc jestem.

a podczas postoju przy kapliczce gdzieś na Podlasiu patrząc na zachód słońca i rowery po raz pierwszy zrozumiałem tak zwaną radość chwili

Inni są jak bieguni. Wierzą, że w ruchu zło ich nie zastanie. Jadą więc, biegną przed siebie, bez celu, aby biec. I udaje im się na moment uciec od całego zła świata, o ile złem nie są przebite dętki, mokre mapy i bolące nogi. Ich zwycięstwo jest tymczasowe, ale wielkie i kto wie, czy nie są największymi zwycięzcami pośród nas.

że przy świecach na zamglonej wieży piliśmy toast za miłość i coś jeszcze bo za samą miłość to tak jakoś głupio

I są również prawdziwi pielgrzymi. Ci wybierają sobie cel i mozolnie do niego podążają. Chcą, by ich odmienił i uświęcił; skupiają się na nim i poświęcają mu całą podróż, nie rozglądając się na boki - to, co by tam zobaczyli, mogłoby ich tylko rozproszyć i zwieść z drogi. Są uparci i stanowczy, wracają zawsze z poczuciem spełnienia. Podróż jest dla nich misją do wykonania; nagrodą może być wszystko - spokój, księżniczka na zamku, życie wieczne, ważne jest tylko, by na tę nagrodę zasłużyć.

- wybacz - że szedłem nie widząc innych co zdarzało się zbyt często
że byłem nieuważny ślepy zbyt pewny siebie i przejeżdżałem przez skrzyżowania nie patrząc na prawo lewo znowu prawo

Każdego z nas, kimkolwiek jest - ciekawym świata, biegunem czy pielgrzymem - podróż zmienia. Czasami jest to prosty nawyk - ot, na przykład listek mięty dodawany do herbaty , czasami coś więcej. Niektórzy z nas stają się bardziej uważni; uczą się patrzeć na świat mądrze. Taką przemianę widać już od chwili powrotu, gdy ktoś przystaje nagle nad kwiatem ,przed drzewem, pod niebem i usiłuje dostrzec coś więcej niż zieleń i błękit.

- pozwól o Panie abym nie myślał o wielkich przeprowadzkach nowym życiu studiach gdy księżyc odbija się w przyklasztornym stawie prawdziwie nieopisany

Inni zaś nagle pojmują, że kiedyś - za miesiąc, rok, wieczność - znów wyruszą w podróż. Raz jeszcze rozlegnie się pisk pociągu, szuranie żwiru, drzwi zamkną się za naszymi plecami. Przed nami zaś znowu ktoś rozłoży drogę tak, jak rozwija się czerwony dywan, byśmy mogli poznać świat, pobiec przed siebie i dotrzeć do celu.

dziękuję Ci Panie że stworzyłeś świat piękny i różny
a jeśli jest to Twoje uwodzenie jestem uwiedziony na zawsze
i bez wybaczenia

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Do przyszłej miłości

Moja przyszła miłości, przyszłe światło mojego życia! Niepopełniony jeszcze grzechu, nieutrwalona duszo. Język dotyka podniebienia zaraz na początku Twojego imienia.

Jak sama widzisz, dopiero uczę się mówić o Tobie swoimi słowami. Na razie wspieram się na tym, co stworzyli inni i nieprędko zwrócę się do Ciebie bez takiej asekuracji. Nie objąłem Cię jeszcze rozumem i każde zdanie, które wypowiadam na Twój temat, chwieje się jeszcze niepewnie na nogach. Obawiam się nieraz, że się przewróci, zamieniając wszystko w nieznośny bełkot.

Szukam więc odpowiednich wyrazów. Na myśl przychodzi mi jednak tylko jeden: boję się. Niech więc będzie: boję się Ciebie jak nikogo innego. Boję się, gdy jesteś daleko i gdy mogę o Tobie tylko myśleć, boję się, gdy się do Ciebie zbliżam. A już najbardziej boję się, gdy Cię widzę. Przerażasz mnie na każdym kroku: nieodgadniona, nieobeszła, niepojęta.

Czasami wydaje mi się, że zaczynam Cię rozumieć. To, co mówisz, staje się przez moment jasne i czytelne. Pojawia się nadzieja; może wyolbrzymiłem Twoją postać w myślach, może nie jesteś taka, za jaką Cię uważam. Ale Ty robisz to specjalnie: odsłaniasz się na chwilę po to, by znowu wszystko zakryć i zamglić.

Oczywiście, że Cię w końcu oswoję. Przestaniesz być dla mnie ziemią niepoznaną, z moich map znikną w końcu białe plamy. Pójdziemy na spacer; będę miał pewność, że się nie zgubię. Kiedyś powiem: znamy się. To oczywiście uogólnienie, ale cała nasza wizja świata składa się z uogólnień. Z kilku szczegółów chcemy układać całe mozaiki.

Ty zaś składasz się z samych szczegółów. Gdy Cię spotykam, mijają mnie tysiące detali, chciałbym się na czymś skupić, coś zbadać, nad czymś się zatrzymać: ale one pędza bez przerwy, uciekają przed moimi zmysłami. W miejsce jednej rzeczy zaraz pojawia się kolejna. Szukam w tym wszystkim jakiegoś ładu, harmonii i spójności. Ale wszystko rozsypuje się w dłoniach.

Gdy o Tobie mówię, słowa błądzą gdzieś po nieznanych im ulicach. Biegnę za nimi, ale przepadają na zawsze. Ty. Ja. Wielkie czemu dlaczego dokąd po co sens znika styl i szyk jesteś nie znamy nie znamy tak trzeba pięć luźne skojarzenia jakieś powstanie drapiąc chmury środek najważniejsza odbudujmy piosenki tak kilka piosenek daleko nowy dom tak trzeba boję się rozpływasz nie widzę zapominam znikasz. I znowu zdania potrzebują oparcia. Mistrz podaje rękę.

Próbuję zatem ożywić Cię we własnej wyobraźni . Myślę tu o jesieniach, zimach i wiosnach, o szczęściach i nieszczęściach, o parkach, ulicach i placach.

A są to rzeczy, które już niedługo będziemy dzielić oboje, moja Warszawo.











(przepraszam wszystkich, którzy przez moment mogli sobie pomyśleć, że zwariowałem i marnuję ich czas i moją przestrzeń w sieci na płytkie wynurzenia. Dwudniowy pobyt w stolicy jednak zrobił swoje i musiałem się z pewnych wrażeń wyspowiadać publicznie. Nie powinienem tego mówić, bo to łopatologia, ale początek i koniec powyższego tekstu w sposób luźny nawiązuje do Lolity. No, to tyle. Dobranoc, kociaki.)

środa, 25 sierpnia 2010

Wzgórze

Był oczywiście sierpień. Dlaczego - oczywiście? Bo sierpień jest zawsze, nawet gdy wydaje się nam, że jest inaczej. Wtedy jednak nic się nie mogło wydawać – lato powoli się kończyło i nikt nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.

Był park, nieważne gdzie. Późne popołudnie, jakiś czas po burzy. Słońce jeszcze nie zachodziło, ale padało na drzewa, alejki i kałuże pod tym specyficznym kątem, który wydobywa z rzeczy ich prawdziwe znaczenia i sprawia, że wszystko wokół zamienia się w jeden czytelny i zrozumiały tekst.

Był też on, nieważne, kto. Do jego zadań należało jedynie uważne odczytywanie rzeczywistości i interpretowanie jej. To za mało, by zasłużyć sobie na imię, nazwisko i choćby krótką wzmiankę o kapeluszu na głowie i grafitowych oczach. Szedł powoli przez park. Niczego nie można uronić, przegapić, każdy szczegół się liczy.

I były one - sygnały i symbole.

Najpierw motyl. Przeleciał nad brukowaną aleją (bruk chyba pozbawiono znaczenia) i usiadł na ławce. Mignął trzy razy szkarłatnymi pręgami i zwarł ze sobą skrzydła. Rusałka admirał. Zapowiada spotkanie, bez wątpienia spotkanie.

Potem prześwietlona przez słońce (warto przypomnieć - późnopopołudniowe) struktura lipowego liścia. Zawahał się przez moment, ale szybko sobie przypomniał. Liść to tamta ławka po drugiej stronie wzgórza. Tam też rośnie lipa i wtedy (nieważne kiedy, on i jego pamięć nie mają żadnego znaczenia) też widział, jak światło przebija przez zielone serce.

Następnie odbicie postrzępionej chmury w kałuży. Och, jakież to proste. W translacji z języka znaków - szczęście, głupie, ślepe szczęście, które znaczy jeszcze mniej niż on sam.

I jeszcze krzyk sójki . Czyli ktoś dawno niewidziany.

Rzucił się biegiem na szczyt wzniesienia czując, co zastanie po drugiej stronie. Zachował się jak uczniak, który rzuca książkę pewien, że już wszystko wie. Nie zauważył (nie chciał zauważyć?) smutnej rusałki żałobnik na niewielkim murku, opadłego liścia klonu i własnego odbicia w wodzie.

Ze szczytu wzgórza zobaczył więc tylko pustą ławkę w parku, skąpaną w późnopopołudniowym słońcu. I sierpień, oczywiście. Lato powoli się kończyło i nikt nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.

piątek, 13 sierpnia 2010

Elegia na śmierć starego sąsiada

umarł sąsiad
nic wielkiego
zdarza się
sąsiadom umierać

jedno mnie tylko martwi:
teraz pamiętają
ach biedny dziadek mógł
jeszcze trochę
tak nagle
szkoda
no i pogrzeb kwiaty znicze
stypa

ale potem się rozjadą
zapomną na pewno
jak nic zapomną

wszystko w moich rękach
muszę zebrać wspomnienia
narzekanie
na ból w krzyżu
na pogodę
na nas, że hałasujemy
zebrać, zapieczętować

i zapamiętać

to niewiele
ale przedłużę mu życie
o moje życie

w ciepłym schronieniu
między kolegą z naprzeciwka
jakimś wujkiem
i kilkoma innymi

poistnieje sobie
jeszcze chwilę
ponarzeka
na ból w krzyżu
na pogodę
na nas, że hałasujemy

a pewnego dnia
razem ze mną
rozsypie się w proch

już tak na zawsze

piątek, 6 sierpnia 2010

Ludzie z parasolami

Idziemy w deszczu. Oni - ludzie z parasolami i my - ludzie bez parasoli. Ulewa jest ulewą z prawdziwego zdarzenia - zadbała nawet o to, by nie było się gdzie skryć. Pusta, głupia ulica bez jednego choćby zadaszenia.

My, ludzie bez parasoli nie czujemy już nawet wściekłości. Przemokliśmy do tego stopnia, że jest nam tylko zimno. Upajająca bezradność co chwila próbuje przerodzić się w ironiczny dystans i przerywa szum padającej wody czyjąś niby to wesołą wypowiedzią.
- I am dancing in the rain.
- Wyglądamy jak zmokłe kury.

Nie, żeby nie było to zabawne. Na pewno było. I śmieszyłoby nas zapewne, gdyby nie upodlający widok z przodu - trójka zadowolonych z siebie ludzi, bezpiecznych i suchych pod czarnymi płachtami. Tak naprawdę próbowaliśmy już wszystkiego. Od prób wyszydzenia - ach, nie jesteśmy z cukru, to tylko mżawka - po obłąkańcze szukanie pozytywów - taki spacer jest dobry dla zdrowia! Nie jest, dobrze o tym wiedzieliśmy. Tym bardziej bolesna zazdrość kazała nam spoglądać w stronę ludzi z parasolami.

Nie wiem, co bardziej nam doskwierało. Deszcz i zimno, czy raczej świadomość, że im jest sucho i ciepło. A może poczucie, że nie jesteśmy panami własnego losu? Brak alternatywy? Oni w każdej chwili mogą schować swoją osłonę i moknąć tak jak my - jeśli by tylko zechcieli. My możemy chcieć i chcieć - lecz i tak nie zmienimy swojego położenia. Nie mamy wyboru. Upodlające.

W którymś momencie ktoś rzucił hasło, by zrównać wszystkich idących. Taka mała powtórka z rewolucji: zabrać tym, którzy mają więcej. Nie po to, by samemu zdobyć przewagę - broń Boże, to byłaby kradzież! - lecz po to, by nikt nie miał lepiej niż my. Połamać parasole i połączyć się, zbratać w udręce. Inny, rozsądniejszy głos zgasił jednak ten pomysł w zarodku.

Nagle przyszło oświecenie - pomyśleliśmy o niedalekiej przyszłości. W końcu musi wyjść słońce, a oni zostaną na ulicy z mokrymi, ciężkimi od deszczu parasolami w dłoniach. My zaś, powoli schnąc, dojdziemy do celu niczym nieobciążeni! Ruszyliśmy więc raźniej, rozkoszując się tą ideą, upatrując przyszłych korzyści.

Wtedy jednak teraźniejszość przypuściła zdecydowany atak. Ulewa przybrała na sile, zabłysło, zagrzmiało i zrobiło się nieprzyjemnie. Ciężkie krople spływały po twarzach mieszając się po drodze ze łzami bezsilności. Nawet nadzieja, że wkrótce parasole naszych gnębicieli okażą się niewystarczające, okazała się płonna. Solidny, zachodni sprzęt doskonale sprawdzał się w trudnych warunkach. A deszcz padał coraz gęściej.

Szliśmy więc dalej pustą, głupią ulicą. Oni - ludzie z parasolami i my - ludzie bez parasoli.