niedziela, 6 września 2009

Konkurs!


Tak, tak, drodzy moi! Oto nadszedł ważny dzień dla polskiej literatury!

Jako że wrzesień został przez Ministerstwo Kultury uznany Miesiącem Niedorzeczności, postanowiłem uczcić tę rzadką okazję i ogłosić jedyny w swoim rodzaju konkurs literacki.
Jego przedmiotem będzie stworzenie opowiadania o Lechu w jednym z wybranych tematów. Najbardziej niedorzeczne prace zostaną nagrodzone wybitnie niespodziewaną niespodzianką.

Wymogi: praca powinna przekroczyć objętość 1,5 strony przy czcionce rozmiaru 12, z akapitami i tym podobnymi bzdurami. Mile widziane rysunki poglądowe (nie wliczają się w długość tekstu!).
Gotowe opowiadania przesyłajcie na adres: lothermatheus@o2.pl, lub też przynoście do mnie bezpośrednio.

Aha, i tematy prac:
1. Lechu ubiera się u diabła.
2. Lechu, arszenik i stare koronki.
3. Lechu a behawioryzm przedstawicieli Sander lucioperca
4. Lechu u Freuda.

Termin nadsyłania prac: do 19 września. Wyniki ogłosimy 21 września.
O wszelkie wskazówki itp. można mnie pytać zawsze i wszędzie.

Do roboty!

piątek, 4 września 2009

Bajka dla Benka

To nie ściana, która pęka,
To nie żuchwa ani szczęka,
To nie czapka Pana Zenka,
Oto Bajka jest dla Benka!


Nucąc taką oto pioseneczkę stworzony specjalnie dla Benka Borsuk przechadzał się napisaną dla Agaty ścieżką. Nudziło mu się niemiłosiernie. Wykreowany z dedykacją dla Skarbiego świat był w najlepszym razie mało interesujący. Ot, po jednej stronie zasadzone przez kogoś z myślą o najlepszej uczennicy biolchemów drzewo, po drugiej krzaczki, które rosły tu sobie tak jakby wyłącznie po to, by tło bajki obiecanej przyjaciółce Hansa nie było zupełnie puste.

Tak, nasz Borsuk nie był przesadnie zadowolony. Należał do tych mieszkańców lasu, które absolutnie nie znoszą pojawiania się w opowieściach. Robił to wyłącznie wtedy, gdy wymagała tego jakaś dziejowa konieczność. A taką właśnie koniecznością była Bajka dla Benka.

Borsuk zapewne zanudziłby się na śmierć, gdyby niespodziewanie nie natknął się na Legendę, powstałą specjalnie po to, by spełnić obietnicę daną Córce Generała. Legenda ta o tyle różniła się od innych przedstawicieli mitów i baśni, że posiadała świadomość, dar wymowy i jako taką inteligencję. Gdy tylko zauważyła zwierzaka, odezwała się:
- Witaj, Borsuku, widzę, że i tobie przypadła rola bohatera tej historii.
- Zaiste, wielcem temu rad - odparł borsuk.
- Ach, przyjacielu, widzimy się tu po raz ostatni!
- Czemuż to?
- Jak to - czemu? To Bajka dla Benka! Muszę zrobić to, czego wymaga ode mnie dedykacja.
- To znaczy?
- Muszę sprawić, by wszyscy o mnie zapomnieli. Raz na zawsze. Odlatuję na księżyc. Żegnaj, Borsuku!
- Żegnaj, Legendo!

Gdy rozpłynęła się w powietrzu, zwierzak ruszył dalej ścieżką. Im dalej ścieżka ta biegła w fabułę, tym jej docelowość stawała się bardziej docelowa. Nie minęło wiele czasu (który, rzecz jasna biegł wyłącznie dla pewnej mieszkanki ulicy Pszennej), a nasz bohater napotkał na swej drodze Dobrze Zdaną Maturę. Przyjrzał się jej uważnie, gdyż nigdy wcześniej nie widział takiego cudu.
- Hohoho, nieźle! - zamruczał. - Kto Cię pisał?
- Jak to - kto? - odrzekła Matura - Przecież to Bajka...
- No tak, to oczywiste.

To nie szklane są okienka,
To nie wierszyk, nie piosenka
To nie scena i nie scenka,
Oto Bajka jest dla Benka!


Nucąc dalej tę melodię Borsuk spotkał To Samo Miasto. Zdziwił się wielce, nigdy przedtem nie dane mu było ujrzeć rzeczy tak dziwnej.
- Nie rozumiem - zapytał. - Po co pojawiasz się w tej historii?
- Jak to? Nie rozumiesz? Jestem tu po to, by dwie osoby mogły we mnie zamieszkać!
- Chodzi ci o...
- Dokładnie tak.

I tutaj właśnie zakończyła się opowieść, która powstała tylko i wyłącznie dla Agaty, i którą tylko ona jest w stanie zrozumieć. Borsuk odszedł w siną dal (też stworzoną z myślą o tej zacnej białogłowie), dośpiewując końcowe wersy piosenki:

To nie rękę myję ręka,
To nie żadna Białołęka,
To słoików nie są denka.
Oto Bajka jest dla Benka!

środa, 2 września 2009

Śmierć szalonego kapelusznika

Chyba wszyscy znali pana Antoniego. Człowiek ten od wielu już lat trudnił się w naszym mieście prozaicznym z pozoru zamiataniem ulic. No bo co właściwie może być barwnego w usuwaniu pyłu i śmieci z chodnika?

Wszystko.

Wszystko, jeśli zamiatający ma niezwykłą osobowość. A pan Antoni, trzeba przyznać, mógł się taką poszczycić. Doprowadzająca o zawrót głowy różnorodność kapeluszy, które nosił i charakterystyczny podgumowany płaszcz to tylko zewnętrzne objawy jego niezwykłości. Ponoć dawniej pracował w cyrku jako clown, występował w kraju i zagranicą. Koloryt zaś, jaki nadawał okolicom cerkwi i miejskiemu deptakowi, był czymś niesamowitym - nie ma chyba u nas drugiej takiej osobowości. Tak, pan Antoni musiał mieć duszę poety. Od zawsze darzyłem tego człowieka pogodną życzliwością.

Tym większym smutkiem napełniła mnie wieść o tym, że w lipcu odszedł on do Valhalli zamiataczy ulic.

Zastanawiacie się, jaką śmierć mógł mieć człowiek tak niecodzienny. Od razu nasuwają się myśli o pojedynku na szpady lub pistolety. No tak, tylko że ten proceder jest już od dawna zakazany. Mógł więc umrzeć z wrażenia, wpatrując się w wyjątkowo piękny zachód słońca nad miastem, lub też odejść tak samemu z siebie, jakby z własnej woli. Ostatecznie można by też przyjąć za przyczynę zejścia bezowocną miłość do jakiejś wybitnej piękności, która doprowadziła go do efektownego samobójstwa.

Prawda jest zupełnie inna. Pana Antoniego znaleziono w lipcu w jego mieszkaniu. Zwłoki leżały tam już od kilku tygodni, były więc w stanie krańcowego rozkładu. Czytałem kiedyś wywiad z jakimś patologiem. Opowiadał, że z ciała po podobnym czasie gnicia wydobył dwie reklamówki chrząszczy.
Za przyczynę zgonu, po wykluczeniu udziału osób trzecich, uznano wyniszczenie chorobą. Człowiek umarł w cierpieniu i samotności, a po śmierci nikt nawet nie zauważył jego zniknięcia.

Staff napisał kiedyś, że zostawiamy po sobie jedynie "ślady na piasku i kręgi na wodzie". Gówno prawda. Zostanie po nas tylko smród zgnilizny i dwie siatki robali.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Fin de siècle

Trzy miesiące wakacji to stanowczo zbyt wiele. Gdy tak długa przerwa dobiega końca, ciężko się z tym pogodzić. Ma się wrażenie, że wraz z nią kończy się wszystko co prawdziwe, dobre i piękne, a wiara, nadzieja i miłość odchodzą w niebyt (a i z Bogiem, honorem i ojczyzną nie jest dobrze!). Uczucie schyłkowości przywodzi na myśl oczekiwanie rozmaitych sekciarzy na rok 2000, który to stać się miał datą zagłady świata. Podobnie wygląda obecny lęk prze 2012. To straszne uczucie.

Jednym z najgorszych elementów tej specyficznej dekadencji jest wrażenie, że tego czasu się nie wykorzystało. Trzy miesiące to tak wiele, a tak mało się zrobiło, tak niewiele zobaczyło i tylko kilka razy było się prawie szczęśliwym. Paskudztwo, naprawdę. A jeśli do tego doda się fakt, że w żaden sposób nie udało się zmienić świata na lepsze - można popaść w depresję.

A może nie trzeba tak na to patrzeć? Z drugiej bowiem strony i tak wykorzystało się to, co tylko się dało. No i zdarzyło się parę miłych chwil. Takich jak pamiętne pomarańczowe cukierki w strefie wolnocłowej na grecko-macedońskiej granicy; pewne popołudnie w parku tuż przed końcem roku; chwila na rajdzie rowerowym gdzieś na przystanku autobusowym w Wielkopolsce, gdzie zajadało się rodzynki w czekoladzie patrząc na piękne niebo; nocny marsz po torach Gotówce; klangor żurawi w Hniszowie nad Bugiem; początek motywu z Ojca Chrzestnego zagrany na trąbce na Chmielakach; i wreszcie zakończenie "Lolity" przy dźwiękach białoruskiej pieśni maryjnej. Śmiem twierdzić, że żyję tylko dla takich momentów.

A i perspektywa przyszłości wydaje się być zachęcająca. Miejsce dawnego lęku powoli zajmuje motywacja i pierwsze marzenia dotyczące tego, co chciałoby się kiedyś robić.

Żadna inna pora nie nadawała się do życia bardziej niż ta, która nastąpi.

piątek, 28 sierpnia 2009

Reguła prawej dłoni


„Jeżeli wektor indukcji pola magnetycznego wchodzi w prawą dłoń, a kciuk pokazuje kierunek ruchu przewodnika, wówczas wyciągnięte 4 palce wskazują zwrot linii pola elektrycznego indukcji, powstającego w przewodniku” – głosi reguła prawej dłoni. Celem mojego niniejszego rozważania jest udowodnienie, iż jest ona, oględnie rzecz biorąc, bzdurna.

Wyobraźmy sobie Beduina. Ów mieszkaniec pustyni przyszedł na świat na wielbłądzie, wśród bezkresnych piasków Sahary. Zaraz po urodzeniu matka zauważyła, że jego prawa dłoń pozbawiona jest wszystkich palców poza kciukiem. Z żalem musiała go porzucić na wydmie, bo kaleki syn byłby tylko zbędnym ciężarem.

Nasz Beduin (nazwijmy go Mohamed) niechybnie by zginął, gdyby akurat nie przechodził nieopodal mały lisek, dajmy na to Felek. Podkreślmy, że ów zwierzak siłą rzeczy nie posiadał dłoni, a tym samym palców i kciuka. Zrobiło mu się żal biednego chłopca, postanowił więc otoczyć go opieką. Dzięki niemu Mohamed nie tylko przeżył, ale w pełni sił dotrwał do wieku dorosłego.

Teraz zaś wyobraźmy sobie, że przez Saharę biegnie bardzo długi przewód. Mohamed absolutnie nie wiedział, do czego on służy (w zasadzie nie wiedział on niczego, ale to nieważne). Pewnego razu Felek dowiedział się od znajomego fizyka o regule prawej dłoni. Beduin postanowił ją sprawdzić. Przyłożył odpowiednio dłoń, tak, że kciuk wskazywał kierunek ruchu przewodnika... I tu właśnie tkwi błąd w teorii!

Palce nie wskazały zwrotu linii pola, gdyż... zwyczajnie ich nie było! Co więcej, jako że na pustyni nie było nikogo poza Mohamedem, nie mógł użyć do eksperymentu cudzej dłoni. Ergo: reguła jest nieścisła.

Nie martwcie się, nie jestem człowiekiem, który zabiera nic nie dając w zamian. Udało mi się skorygować tę zasadę tak, by była stuprocentowo skuteczna. Teraz brzmi ona teraz następująco:

„Jeżeli nie jest się Beduinem pozbawionym wszystkich palców poza kciukiem, wychowywanym przez lisa na Saharze, przy absolutnym braku kontaktu z ludźmi posiadającymi palce, a wektor indukcji pola magnetycznego wchodzi w prawą dłoń i kciuk pokazuje kierunek ruchu przewodnika, wówczas wyciągnięte 4 palce wskazują zwrot linii pola elektrycznego indukcji, powstającego w przewodniku.”

O sztuce zadawania bólu


Międzynarodowa konwencja w sprawie zakazu stosowania tortur podaje taką ich definicję: "każde działanie, którym jakiejkolwiek osobie umyślnie zadaje się ostry ból lub cierpienie, fizyczne bądź psychiczne". Większość krajów cywilizowanego świata (w tym i Polska) ratyfikowały tę umowę, tym samym uznając wszelkie przejawy celowego zadawania cierpienia za nielegalne. Pomijając rozmaite dyktatury, takie jak białoruska, chińska czy koreańska, czysto teoretycznie działania takie są absolutnie niezgodnie z prawem.

Teoria, jak się okazuje, stanowczo odbiega od praktyki. Dziś po raz kolejny zdałem sobie sprawę, że istnieją jeszcze w naszym kraju miejsca, gdzie prawa te zdają się nie obowiązywać. Mowa rzecz jasna o gabinetach stomatologicznych.

Nie ma w tym nic zabawnego. Moje wieloletnie obserwacje wykazały, że u wszystkich bez wyjątku dentystów występuje patologiczna skłonność do powodowania bólu fizycznego u pacjenta. Na tej podstawie śmiem twierdzić, że zawód ten, w którym ból wydaje się być usprawiedliwiony "dobrem" leczonego, jest wybierany przez te osoby celowo.

Jak bowiem w inny sposób uzasadnić ten błysk w oku stomatologa, gdy wypowiada on słowa: szóstka do leczenia! ubytek na trójce! siódemka do usunięcia? Nie zauważyliście, że każdy z nich początkowo "szczerze" odraza znieczulenie, które mogłoby mu zepsuć całą frajdę z waszych okrzyków bólu? Tak, to nie może być przypadek. Zastanówcie się też nad tym, że i samo znieczulenie jest nadzwyczaj bolesne, rzadko też bywa skuteczne.

No tak, powie ktoś, ale to przecież mała cena za zdrowe zęby. Cóż za bzdura! Rzadko zdarzyło mi się, aby dentysta zajmował się zębem, który rzeczywiście mi dokucza. Częściej wybierał sobie jakąś niewielką plamkę na jakiejś nic nieznaczącej szóstce, z której istnienia nie zdawałem sobie sprawy. Z perwersyjnym niemal błyskiem w oku borował, wiercił i drążył Bogu ducha winny trzonowiec, podczas gdy jakaś czwórka błagała o leczenie.

A na koniec ciekawostka: poszukajcie rymów do słowa "dentysta". Może to przypadek, a może nie, ale znajdziemy wśród nich bardzo wiele wymownych zwrotów. Nazista, komunista, syjonista i terrorysta to te najmilsze z nich.

środa, 26 sierpnia 2009

Moi Lolita

Słyszałem o niej od dawna. Pojawiała się czasem w różnych rozmowach, najczęściej zajadle krytykowana. Za co? Za wyuzdanie, płytkość i pornograficzną zawartość. Nigdy tez nie zwracałem na nią jakiejś większej uwagi. W końcu jednak doszło do nieuchronnego spotkania – w antykwariacie. Sprawdziłem, co myślą o niej inni – okazało się, że znaczna część opinii zawierała jednak słowa „piękna”, „urocza” i „niesamowita”. No to kupiłem.

Mowa tutaj rzecz jasna o książce – „Lolicie” Vladimira Nabokova. Książce bardzo znanej i kontrowersyjnej jednocześnie. W latach pięćdziesiątych, gdy została wydana, wzbudziła w wielu odbiorcach święte oburzenie, które zresztą trwa do dziś. Dopiero zapoznanie się z nią udowodniło mi ostatecznie, że ci, którzy chcą znaleźć w niej pornografię – znajdą ją. Ci, którzy zapragną doszukać się w niej wyuzdania, braku moralności i pochodnych – również na nie natrafią. Swój cel osiągną jednak także tacy, którzy będą od niej oczekiwać niepowtarzalnych wrażeń estetycznych. No ale, po kolei.

Bohaterem (i jednocześnie narratorem) powieści jest mężczyzna ukrywający się pod pseudonimem Humbert Humbert. Siedząc w więziennej izolatce, opisuje on swe wspomnienia z lat 1947-1953. Wspomnienia te dotyczą przede wszystkim miłości życia owego człowieka – niejakiej Dolores Haze, zwanej Lolitą. W osobie tej nie byłoby może nic dziwnego i tak bulwersującego pewien typ ludzi, gdyby nie miała ona... dwunastu lat. Tak, Humbert Humbert jest bowiem zwykłym (no, może jednak nie do końca?) przedstawicielem tej grupy, do której należał tak i Andrzej S, jak i pewien dyrygent z Poznania.

Bohater poznaje ją w domu kobiety, u której ma wynająć mieszkanie. Od razu popada w opętańczą wręcz miłość (czy, jak kto woli – opętańcze pożądanie). Szereg wypadków doprowadzi ich wspólnie do wielkiej podróży przez całą Amerykę. Tyle mniej więcej można zdradzić, by uniknąć zbędnego spoilerowania.

Odniosę się tu do podstawowego zarzutu stawianego książce – wspomnianej już, rzekomej „pornograficzności”. Jest ona rzecz jasna absolutną bzdurą. Dzieło nie zawiera żadnych scen, które można by uznać za obsceniczne czy wulgarne. Wprost przeciwnie, wszelkie opisy, które ostatecznie (ostatecznie, podkreślam to wyraźnie!) uznać można za erotyczne, są poetycko wręcz piękne. Nie padają żadne, że tak to ujmę, „anatomiczne” wyrażenia. Wszystko zostaje ukryte pod płaszczykiem metafor i niedopowiedzeń. Oczywiście nie da się zaprzeczyć, że bohater jest dewiantem. Jest to jednak dewiant z duszą poety, a nie śliniący się, obleśny zbereźnik znany z powszechnego stereotypu. Warto podkreślić, że ani przez moment nie wątpi on w szczerą miłość, jaką darzy dziewczynkę (zabawne, dodanie tego „k” absolutnie zmienia sposób patrzenia na postać, którą można przecież uznać i za dziewczynę). Kwestię osądu, czy rzeczywiście jest to głębsze uczucie, autor pozostawił czytelnikowi.
Co ciekawe, w książce nie da się darzyć choćby cieniem sympatii ani jednej (dosłownie: ani jednej) postaci. Wyjaśniam niniejszym, że uważam to za zaletę.

Tak naprawdę najmocniejszą stroną powieści, czyniącą z niej niemal arcydzieło, jest język. Autor bawi się nim doskonale. Używa niezliczonej liczy gier słownych, odniesień do literatury. Zwroty takie jak ten: „podzwaniała manelami iście menelickich manier” wywołują we mnie przyjemny dreszczyk zachwytu. Wszystko, od opisów uczuć bohatera wobec Lolity, przez malowanie (to bardzo dobre słowo) krajobrazów, aż po ubieranie w słowa rzeczy tak zwyczajnych, jak stacja benzynowa – jest tutaj po prostu piękne. Nie przeszkadzały mi nawet liczne (w żaden sposób nietłumaczone w przypisach) wstawki z francuskiego. Wypada także pogratulować tłumaczowi za świetne oddanie wszelkich smaczków („warsztat samochodowy mamrotał przez sen – kolan wulgaryzacja; ale zaraz przywołał się do porządku: Colin – wulkanizacja”) w rodzimym języku. Cóż, powiem szczerze, że dla samego języka warto przeczytać tę powieść. Choć wszystko woła we mnie, aby napisać: trzeba.

I jeszcze mała uwaga na koniec – muzyka. Warto dobrać odpowiednią, która stworzy odpowiednie tło książce. Osobiście polecam dwojaką. Do pierwszej i ostatniej części utworu pasowały idealnie pieśni religijne Chóru Narodowego Białorusi, zaś na etap podróży bohaterów po Ameryce – płyta „Ghost on the road” Bruce’a Springsteena, idealnie oddająca klimat tego fragmentu. Oba krążki mam i razem z książką chętnie chętnym (ha!) udostępnię.