poniedziałek, 31 maja 2010

Ogłoszenie

Poszukuję osób, którzy mają w rodzinie dróżnika / dróżniczkę, bądź też znają taką osobę i mogę mnie z nią skontaktować. Potrzebuję podobnych znajomości z racji projektowanego tekstu na ten temat.

Niewtajemniczonym wyjaśniam, że dróżnik to pan lub pani, która otwiera i zamyka szlaban na przejściach kolejowych. W

Mogących pomóc proszę o kontakt (gg: 7990501, mail: lothermatheus@tlen.pl, lub też komentarz pod wpisem).

Z góry dziękuję.

czwartek, 13 maja 2010

Ocalić od zapomnienia

Lipski kantor bardzo mile
uśmiecha się zza oszklenia.
Chciałbym wszystkie takie chwile
ocalić od zapomnienia.


Malarze mają oczywiście najłatwiej. Wyciągają pędzel, sztalugę, wdziewają obciachowy berecik z antenką i najzwyczajniej w świecie malują. Jedno pociągniecie – drzewko, drugie – domek, trzecie – zachodzące niebo. W trzech ruchach mogą uwiecznić światło, barwy, a nawet emocje i przekazać dalej daną chwilę sztafecie pokoleń. Zazdrościmy malarzom. Zazdrościmy także poetom. Kilka wersów, metaforka, epitecik – i scenka jak żywa, bez trudu można ożywić okręt w zatoce, pawia albo różę. Poeci dobrze wiedzą, że piękno ocala.

A za oknem migotliwie
Venus gałąź opromienia.
Chciałbym i ten błysk na szybie
ocalić od zapomnienia.

Prozaicy – ci t akże mają dobrze! Napisze taki powieść, epopeję albo choćby opowiadanko i bez trudu utrwali na wieki to, co mu się żywnie podoba. Przechowa krainę dzieciństwa – jak Miłosz w Dolinie Issy albo Konwicki w Kronice wypadków miłosnych - albo po prostu uwieczni chwilową impresję. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę arsenał środków, jakimi dysponuje. Dodajmy do tego grona szczęściarzy także fotografów, reżyserów, rzeźbiarzy, szklarzy i Bóg wie kogo jeszcze – jest na kogo patrzeć z zawiścią!

Minął dzień. Wciąż prędzej, prędzej
szybuje czas bez wytchnienia.
A ja chciałbym twoje ręce
ocalić od zapomnienia.


A co ja mam począć, by ocalić od przykrej zagłady niezliczone błyski na szybach albo czyjeś ręce? Poskąpiono mi talentów – szczytem moich osiągnięć plastycznych jest Lechu, zdolności poetyckie pozwalają jedynie na zrymowanie wiosny z radosnym, a wszelki tekst literacki, zajmujący więcej niż stronę zawsze wychodzi mi jak Komorowskiemu orędzia – fatalnie. Wspaniałości, których bywam świadkiem, są zatem skazane na ciasne więzienie mojej świadomości.

Z dnia na dzień tkaninę tkamy
wzorzystą dla pokolenia.
Chciałbym i blask naszej lampy
ocalić od zapomnienia.

Próbowałem, a jakże, podjąć się prób opisania rozmaitych wydarzeń tak, jak się zdaje relację. „Była godzina pierwsza nad ranem. Na sali było ciemno, jedynym źródłem światła był podświetlony krzyż. Szemrała fontanna. Rozmawialiśmy o...”. Tylko jak to brzmi? Jak sprawozdanie ze spotkania kolektywu partyjnego. Nie, nie tędy droga do nieśmiertelności. A innej nie widzę.

Jesteśmy w pół drogi. Droga
pędzi z nami bez wytchnienia.
Chciałbym i mój ślad na drogach
ocalić od zapomnienia.


Lecz chyba nie ma się czym przejmować. Choćby najlepiej uchwycona chwila, oderwana od kontekstu świadomości tego, który ją sportretował, dla innych może być jedynie jak tekst piosenki pozbawiony nut. To, co wydaje mi się warte zachowania, jest takie tylko mi. Dolina Issy nie będzie dla nas tym samym, czym była dla Miłosza. Nic nie uratuje nas i naszych wspomnień przed zapomnieniem.

Moje bagno, moje nocne rozmowy i moje zachody rozsypią się zatem wraz ze mną w proch i trzeba się z tym pogodzić.







Cytaty pochodzą z "Pieśni" Gałczyńskiego. Kryptocytaty zaś - dla uważnych i dociekliwych - z "Do Ryszarda Krynickiego - Listu" Herberta i "Kalendarza i Klepsydry" Konwickiego.

niedziela, 25 kwietnia 2010

Adoptuj słowo!

Ze słowami jest jak z ludźmi. Gdy jakieś wydaje nam się atrakcyjne, nie rozstajemy się nim, staje się ono stałym domownikiem naszej codziennej mowy i służy wiernie w każdej potrzebie.

Wystarczy jednak chwilowa zmiana mody, jakiś chwytliwy synonim, szumne hasełko, by niedawno jeszcze doceniany wyraz został przez nas wyeksmitowany na bruk języka, gdzie czeka go tylko płacz i zgrzytanie zębów. Tak, w naszych językowych wyborach nie kierujemy się zasadami lingwistycznego humanizmu. Wybieramy to, co się nam podoba, w zależności od kaprysów to wywyższając jedne słowa, to odprawiając inne w niebyt. Nie towarzyszy nam przy tym najmniejsza choćby refleksja nad losem zapomnianych przysłów, wyrażeń i zwrotów.

Przejęty tą tragiczną sytuacją odwiedziłem sierocińce słów, przyjrzałem się zabiedzonym Autom, próbowałem pocieszać Jesionkę, Wdzianko i Drapichrusta, rozmawiałem także z rozżalonym Kozim Rogiem. Ten obraz nędzy i rozpaczy wstrząsnął mną dogłębnie i kazał szukać rozwiązania. Efektem tych poszukiwań jest niniejsza akcja.

Bracia i siostry!

Jeśli macie w sobie jeszcze choć resztki wrażliwości językowej, nie pozwólcie wyginąć przeuroczym słowom, które jeszcze niedawno były tak żywe w naszej mowie. Ustrzeżmy się przed wulgaryzacją, walczmy o bogactwo naszych codziennych rozmów. Zamiast zapierdalać – róbmy coś w trymiga, zamiast wypierdalać – dawajmy dyla, miast pierdolić – bajdurzmy i plećmy trzy po trzy. W naszym zdziwieniu i rozgoryczeniu nie ograniczajmy się do rzucania kurwami, dajmy się dundrom świstać, a gęsiom kopać. Zrzućmy z siebie t-shirty, jeansy i dresy, a przywdziejmy kufajki, surduty i szarawary.

Specjalnie dla was przygotowałem poniższą listę wybranych przeze mnie wyrażeń. Podzieliłem ją na dosyć specyficzne kategorie, często trudno bowiem znaleźć jakiś wspólny mianownik łączący te urocze ramotki. Wybierzcie sobie przynajmniej kilka słów, które najbardziej się Wam spodobają i przygarnijcie je pod dachy Waszej mowy. Każdy, kto podejmie się tej lingwistycznej adopcji, otrzyma ode mnie specjalny, imienny certyfikat poświadczający jego zaangażowanie w ratowanie narodowego dobra, jakim jest język.*

Do dzieła, przyjaciele!





Szczególne podziękowania dla:
- Marcina, za inspirację i 80% niniejszego zasobu
- Jacka, zwłaszcza za "pejoratywne określenia człowieka", ineksprymable i desusy.
- Przemysława, nie pamiętam, za co
- Oli, w szczególności za bawidamka




Zwroty synonimiczne do „o kurwa”:

A niech mnie dunder świśnie!
A niech mnie gęś kopnie!
A to ci heca!
Bożesz Ty mój!
Do diaska!
Do stu beczek kartaczy!
Ja cię kręcę!
Jasny gwint!
Kurczę blade!
Kurka wodna!
Kurza stopa!
Motyla noga!
Niech mnie kule biją!
O rety!
Olaboga!
Pal go sześc!
Pal to licho!
Psiakość!
Psiakrew!
Rany Julek!



Powitania / pożegnania:

Całuję rączki!
Czołem!
Graba!
Kłaniam się nisko!
Moje uszanowanie!
Serwus!
Szufla!

Przymiotniki pozytywne:

Czadowy
Byczy
Cool
Klawy
Morowy
Równy (gość)
Wypasiony


Rzeczowniki:

Balety
Potańcówka
Prywatka
Sympatia

Auto
Fura
Gablota

Latryna
Ustęp
Wychodek

Dolce
Forsa
Szmal

Berbeć
Dziatki
Milusińscy
Pociecha

Majsterkowicz

Desusy – majtki damskie
Ineksprymable - kalesony
Jesionka
Kufajka
Palto
Prochowiec (tutaj pozdrawiam właścicielkę prochowca a la Humbert Humbert)
Surdut
Szarawary
Szlafmyca
Wdzianko


Kłamać:

Bajdurzyć
Kantować
Kitować
Nabić w butelkę
Pleść duby smalone
Pleść trzy po trzy
Ściemniać
Zalewać
Zrobić na szaro
Zrobić w balona


Pejoratywne określenia człowieka:

Ananas
Ancymon
Bawidamek
Bęcwał
Bisurman
Bumelant
Chuligan
Dandys
Darmozjad
Drań
Drapichrust
Gach
Gagatek
Gamoń
Hultaj
Huncwot
Łajdak
Łapserdak
Łobuz
Łotr
Nicpoń
Nikczemnik
Nygus
Opryszek
Pasibrzuch
Psotnik
Rozrabiaka
Rzezimieszek
Szelma
Swawolnik
Szubrawiec
Świszczypała
Trzpiot
Urwipołeć
Urwis
Wisus
Zbir
Ziółko
Złoczyńca

Varia:

Boki zrywać
Dać asumpt
Dać dyla
Koń by się uśmiał
Na chybcika
Nie lada gratka
Pic na wodę
Uderzać w konkury
W trymiga!
Zapędzić w kozi róg
Zjadłbym konia z kopytami!


*osobom spoza Chełma oferujemy możliwość przesłania certyfikatu pocztą (przez gołębia).

piątek, 9 kwietnia 2010

Nowowiosna

Zaoknie przebiśniegło już dosyć dawno i powoli tulipanieje. Dom (na spółkę ze słońcem) wyzewnętrznia mnie. Prześniony już niemal na wylot ogród uderza ukwieconym, wilgotnioziemnym zapachem powietrza. Świat ledwie się oddtygodnił od zimy, a już zdążył się uwiosennić.

Wyuliczniam się więc, ulica maszeruje mi pod nogami, wschodzę po wschodach i naddtorowuję na kładkę. Z góry widzę, jak miasto odbłyszcza dachami promienie słoneczne. Pode mną stukoczą pociągane tory, kłócąc się z uptaszonym drzewem, mającym swój własny plan na zagospodarowanie dźwiękoprzestrzeni. Stuk, stuk, ćwir, ćwir.

Osiedle Dyrekcja dyrekcjonuje mnie przez swoją udrzewioną aleję. Zaludnione chodniki. Wyrolkowane, wyrowerowane dzieci mijają mnie co chwilę. Nie ma – z pewnością – niczego piękniejszego niż przedwojennie osłonecznione mury tych wielkich, czerwonodachych kolosów po obu stronach.

Na końcu alei odgmaszam się, by się uśródmieścić.

Gdy robi się cieplej, dokonuję urowerzenia i wlesiam się, włączam i wbagniam. Natura, odciszona po zimie, zaptaszała; jadąc przez las widzę dookoła uprzyleszczoną ściółkę. Jadę tak, pierwiosnę i odcodzienniam się zupełnie. Uprzestrzenione łąki skowronieją co chwila, gdzieś jeszcze wykluczy się żurawiami niebo. Dzięki Bogu, że można się tak wynaturzyć, bo najgorsze, co można zrobić na wiosnę, to zmieścić się w mieście.

Zawsze dziwi mnie, że każde ozielenienie cieszy tak samo, że cowiosennie wiosna uwiosennia mnie w tym samym stopniu, choć przecież odzimiam się już siedemnasty raz. Zawsze tak samo z radością widzę, jak czas przezegarowuje się o godzinę, że przeddomie ciemnieje nieco później, niż wczoraj. Ale może wynika to stąd, że każda wiosna jest nowowiosną, czymś innozielonym? Może za każdym razem przeporowanie się roku jest czymś różnym? Jeśli tak, co roku trzeba będzie wymyślać nową wiosnomowę.

wtorek, 6 kwietnia 2010

Las (sk)rzeczy*

* tak, długo uciekałem od podobnej sylwiczno-miszmaszowej formy notek, ale czasami pojawia się tyle kwestii (głównie książkowych), o których chciałbym napisać, a które są zbyt nieznaczne, by poświęcić im osobny tekst, że można raz na miesiąc stworzyć takie małe lapidarium

- Coraz częściej zdarza mi się, że mój ekstraoryginalny pomysł na tekst okazuje się być czymś dawno wymyślonym i opisanym. I tak notkę o moim psie, Jakubuie, znaleźć możecie w "Kalendarzu i klepsydrze" Konwickiego (z tym, że tam Kubę zastępuje Kot Iwan), a przemyślenia o wchodzeniu w formę (znacznie lepiej niż ja to zamierzałem uczynić) przedstawi wam Gombrowicz w Dzienniku.

- Wydanie Mistrza i Małgorzaty z zaznaczonymi ingerencjami sowieckiej cenzury. Początek rozdziału 21, Małgorzata po nasmarowaniu się magiczną maścią wylatuje przez okno - "Niewidzialna i wolna, niewidzialna i wolna!". Słowo "wolna" dwa razy wycięte przez cenzora.

- Opis znajomej: "czuwanie przy grobie dla młodzieży o 17"

- "Ada albo żar" Nabokova. Polowałem na tę książkę od września. W chełmskim empiku znalazłem dwa egzemplarze, jeden przybrudzony, drugi z wgniecioną okładką. Moja obsesja nie pozwala mi ich kupić, jadę do Wawy i obchodzę cztery księgarnie: każda znaleziona sztuka lekko brudna bądź zagięta. Sprowadzam więc ofoliowaną i świeżutką prosto z magazynu. I co? Czarne smugi na papierze i rozklejony grzbiet.

- Autobiografia tegoż pana. Ciekawa odmiana po innych, przeczytanych ostatnio: niemal ani słowa o dziejowych zawieruchach i wojnach, a jedynie kilkustronicowe opisy matki idącej na grzyby. Wyborne!

- Dokument o Konwickim na Dwójce. Jakiś profesor pyta go, co sobie myśli o świecie z perspektywy starszego, doświadczonego człowieka. Ponad osiemdziesięcioletni już pisarz odpowiada:
-Wynosić się stąd jak najszybciej.

- Onet. Informacja "USA: piesek przez trzy dni dryfował na krze" tuż nad wiadomością: "Nepal: 13 osób zginęło w wypadku autobusowym".

I na koniec wyśmienity cytat z bloga Benka: "Powszechnym nukleotydem jest uracyl, ale cząsteczka tRNA zawiera na ten przykład pseudouracyl i myślę, że ma się dobrze mimo to".

piątek, 19 marca 2010

Ja, Metaferejn


Zakładając tego bloga miałem jedno postanowienie: nie pisać o swoim życiu. Organicznie niemal nie cierpię taniego ekshibicjonizmu i wywlekania przed ciekawskie oczy publiczności ochłapów codziennej, nudnej autobiografii.

Obrzydzenie to jednak dotyczy oczywiście innych, Sam prędko poczułem, że chęć pisania o sobie staje się coraz silniejsza. Zagłuszałem ją, zamykałem w przepastnych lochach świadomości, a ona i tak wyciekała, wracała na swoje miejsce i nie dawała mi spokoju. Więc po cichu, niepostrzeżenie, zacząłem to swoje życie przemycać, ot, wprowadziłem je na polankę jednego czy dwóch akapitów, czasami nawet cała notka ostentacyjnie wymachiwała elementami żywcem wyjętymi z mojej płaskiej i nudnej egzystencji.

Dzień dzisiejszy jednak – moje osiemnaste urodziny – stanowi dla mnie jedyną w swoim rodzaju okazję do spuszczenia autobiograficznego ogara z łańcucha. Dam mu się wyhasać po poniższych wersach, zanudzić Was na śmierć i sprawić, byście z zażenowaniem wyłączyli stronę i przeszli do czytania komentarzy na Onecie. Jest to jednak tekst, który pisze wyłącznie dla mnie i dla mojego ukrytej potrzeby ekshibicjonizmu. Miło mi jednak będzie, jeśli zechcecie pozostać i dowiedzieć się kilku zbędnych i nieciekawych faktów o moim zbędnym i nieciekawym żywocie. Nie będzie żadnych skandali i skandalików, comming outów czy pikantnych szczegółów. Nie mam kochanki, nikogo nie zabiłem i poza przelotnym romansem z carską ochraną nie współpracowałem z żadnymi służbami bezpieczeństwa. Ci, którzy oczekiwaliby podobnych smaczków, mogą wstać i wyjść już teraz.

A zatem.. Khe, khe... Nazywam się Mateusz!

Zaczniemy oczywiście od mojego dzieciństwa. Jeśli chcecie uzyskać jakiś jego obraz, wyobraźcie sobie prześliczne pacholę o anielskich blond lokach, hasające po ukwieconych łąkach, oglądające z dziecięcą ciekawością ptaszki i kwiatki, łapiące żabki na cudownych polanach Gotówki...

Tak, tak, mam nadzieję, że nie daliście się nabrać. Nigdy nie interesowały mnie kwiaty.

Reszta odpowiada rzeczywistości. W 1996 rodzicie (a ściślej: tato) wpadli na wspaniały pomysł i kupili starą chatkę w wiosce położonej w sąsiedztwie bagna, stanowiącego rezerwat przyrody. Ta bliskość natury, połączona z przyrodniczym wykształceniem (i zacięciem) matki, musiała w umyśle czterolatka doprowadzić do dewiacji i niebezpiecznych w jego wieku odchyleń. I tak, zamiast zbierać naklejki z Del Piero czy uczyć się marek samochodów, nasz mały Mateuszek chłonął atlasy ptaków, nie rozstawał się z lornetką, a poszedłszy do szkoły lubował się w poprawianiu nauczycielki, która myliła sikorę bogatkę z ubogą. W swoim dzieciństwie interesował się jeszcze statkami, Indianami, II wojną światową i Bóg wie czym, ale to właśnie awifauna odcisnęła w jego głowie trwałe piękno.

Niedobrze by było, gdybyście wyszli teraz, mając w głowie obraz chłopca – odludka, który zamiast bawić się z kolegami na podwórku, rozwijał swoje ornitologiczne pasje. O nie, grało się w piłkę, latało z drewnianymi karabinami i mordowało nieprzyjaciół bez litości.

Nawiasem mówiąc: mniej więcej w wieku sześciu lat powołałem do życia pierwszy utwór epicki: bajkę o wierzbie. Rzeczona Wierzba była niemożebnie zła, lecz na szczęście przechodzący leśną ścieżką Borsuk przywrócił ją cnocie. Sequel, o sarence, która nie wiedziała, jak mieć dzieci (sic!), na szczęście nie powstał, ale złowrogie nasienie grafomanii zakiełkowało. Niemal dziesięć lat później obrodziło pierwszymi opowiadaniami fantasy, tak rozkosznie kretyńskimi, że chyba kiedyś je opublikuję. Dalsze efekty widujecie co jakiś czas na blogu i przyznam, że każdego z nich wstydzę się już następnego dnia.

Podstawówka minęła mi sielsko, a po niej nastąpił wspaniały okres gimnazjalnej, wczesnej nastoletniości, który upłynął na pierwszych młodzieńczych miłościach, poznawaniu siebie i świata w gronie oddanych przyjaciół.

Powyższy opis jest nie tylko szmirą w najgorszym wydaniu, ale także jawną i bezczelną blagą. Po pierwsze - nie było żadnych miłości, tylko MIŁOŚĆ, jedna, wielka i długa jak ta notka (i podobnież nudna, co trzeba stwierdzić z perspektywy czasu). Ciągnęła się za mną już od czwartej klasy podstawówki, a skończyła w liceum, niezmiennie nieszczęśliwa, przyprawiająca o rozpacz i tak głupia, że nic więcej o niej nie powiem.

Po drugie, gimnazjum było – nie bójmy się tego słowa – epicko obrzydliwe. Obrzydliwi byli ludzie (by oddać im należyta sprawiedliwość napomknę jeszcze o prymitywizmie, wulgarności i wulgarnej, prymitywnej brzydocie), obrzydliwa była nauka, obrzydliwe przerwy i obrzydliwe lekcje. Obrzydliwość kapała ze ścian, tworzyła kałuże na podłodze wąskiego korytarza i trzeba było nie lada akrobatycznych zdolności, by w takie bajoro nie wdepnąć. Oddychało się obrzydliwością, obrzydliwość kleiła się do ciebie, dźwięczała w uszach niczym upiorna melodia, mdliła ohydnym, ciągłym posmakiem obrzydliwości.

Ale, w gruncie rzeczy, nie było najgorzej.

Lecz tutaj Wasz ulubiony Autor się zmęczył. Tak, celowo użyłem tego zwrotu, jestem Waszym autorem a Wy jedynie wytworem mojej wyobraźni, drodzy czytelnicy, bo wątpię, by ktokolwiek rzeczywisty dotrwał do tego miejsca mego nudnego elaboratu o sobie samym. Ja jednak muszę mieć jakieś audytorium, bez publiczności milknę, markotnieję, pióro wypada mi z rąk. Niech będzie to choćby widownia urojona, aby ktoś czytał, ktoś oceniał, ktoś – być może – zachwycał się tym, co piszę.

Zmęczyłem się, napisałem dużo i tak naprawdę nic o sobie nie powiedziałem. Nie było ani słowa o Kubie, o Oli, pokoju na poddaszu i o Władcy Pierścieni. Nie było też wybornej hecy z łyżką i starym fotelem...

I nie będzie! Będzie za to dalszy ciąg monotonnej, autobiograficznej wyliczanki. Gotowi? A zatem – naprzód!

Na czym skończyłem? Ach, tak. Koniec gimnazjum przyniósł wielką rewolucję, a ściślej mówiąc: obóz ekologiczny, na którym nasz bohater poznał nowych ludzi, rozszerzył sobie nieco horyzonty i zapałał nową, nieujarzmiona miłością do Matki Natury. I nie, nie chodzi tu o żadne głupie słowa kończące się greckim przyrostkiem "philia”. To było najczystsze, platoniczne umiłowanie przyrody.

A potem liceum, które po ciasnej, gimnazjalnej klatce było tym, czym dla orła są otwarte przestrzenie. Tu wszystko nabrało prawdzie epickiego (bardzo lubimy to słowo, nie?) rozmachu: jeśli uczucia – to rozrywające serce, jeśli przyjaźnie – to na całe życie, jeśli klęski – to miażdżące, jeśli sukcesy – to w chwale, glorii i oczywiście z wieńcem laurowym na końcu. Można by o tym fragmencie mojego życia napisać dziesiątki powieści. Każda pełna namiętności, wzlotów, upadków, walk, wielkich słów, każda trzymająca w napięciu do ostatniej, zroszonej niewieścimi łzami stronniczki, każda chwytająca za serce i każda niemożebnie tandetna.

Tak, teraz, gdy już wszyscy sobie poszli (nawet moi urojeni czytelnicy pokręcili głowami z niesmakiem i rozpłynęli się w otchłaniach mojej chorej jaźni), mogę sobie do woli fantazjować, wyolbrzymiać, uepicczać (neologizm mojej wątpliwej produkcji - „czynić epickim”). Ale dość tego galopu, pora nieco okrasić ten portret mojej skromnej osoby, zabrać głos naszej kochanej Klio i powiedzieć o sobie coś, co nie wynika z samych tylko suchych faktów, rzucić kilka nieciekawych ciekawostek. Za mną, nieistniejący Czytelniku!

Jestem absolutnym egocentrykiem. Gdyby przeanalizować moją mowę codzienną, okazałoby się, że wyraźną jej dominantę stanowią słowa typu "ja, moje, mnie" (choć wyrazy takie jak "generalnie", "epickie", "wyborne" i "heca" uparcie depczą im po piętach). Żyję wyłącznie dla siebie i jedyna rzecz, która mnie interesuje, to ja sam. Pałam do swojej osoby czystą i szczerą miłością. Kto mi nie współczuje, ten nie wie, jak trudno kochać świnię.

Jestem po uszy zakochany w rzeczach pięknych. Nie ważne, czy jest to książka, widoczek czy przedstawiciel homo sapiens. Zdarza mi się stanąć na środku ulicy i gapić w światło na murze, dąb zimowy albo ptaka o mniej lub bardziej znanym imieniu. Z szoku po minutowej rozmowie z piękną damą leczę się przez kilka dni.

Jestem chorobliwie nieśmiały. Panicznie boje się dziewczyn, które mi się podobają, a one panicznie boją się mojej nieśmiałości, co daje w efekcie urocze pasmo porażek na tle uczuciowym, ściany rozpaczy,przepłakane noce i... znowu daliście się nabrać!

Jestem bezwzględnym wrogiem uogólnień, filozofii i wszelkich ideologii.

Jestem ostatnim cynikiem.

Jestem.

A poza tym: uwielbiam pierogi z mięsem; nie spodobał mi się Akropol; lubię być sam w tłumie; nie śmieszą mnie kabarety; film dopuszczam do siebie tylko w formie płytkiej rozrywki; uznaję zapach księgarni za zapach najpiękniejszy; zawsze dbam o to, by nie pobrudzić nowej książki; nie jestem zdolny do euforii; boję się ciasnych pomieszczeń; kocham bezwzględnie Nabokova; ubarwiam i koloryzuję niemal wszystko, co mówię; najlepszy dzień mojego życia miał swoje piękne miejsce 22 lipca 2008 roku; uwielbiam rower.

Oto i ja. Pora przypiąć autobiograficznego ogara do łańcucha. Do nogi, Azor, pan wraca do domu. Jest tam jeszcze ktoś, po drugiej stronie? Gratuluję wytrwałości i obiecuję, że nie dożyję następnych osiemnastych urodzin. Nie będzie już więcej żadnych nudnych podsumować, sentymentalnych bzdur i ekshumowania trupa przeszłości.

Czego się dowiedziałeś, to Twoje, drogi czytelniku. Nie ręczę, że wszystko, co tu przeczytałeś, odpowiada prawdzie tak, jak odpowiadać powinno, Mój wewnętrzny Piłat jednak umywa ręce, uśmiecha się szyderczo i, jak zawsze, pyta: czym jest prawda?

A czym - prawda o sobie?







Ach, byłbym zapomniał - oczywiście nie było żadnej hecy z łyżką i starym fotelem.

czwartek, 18 marca 2010

Bajka z Gombrowicza


Nasz Wituś, jak każdy bez mała Wituś na świecie, chciał być dzieckiem. Tym jednak różnił się od wszystkich innych Witusiów tego świata, że znał jedyną możliwą drogę do dziecinności. Wszyscy wokół uważali, że człowiek rodzi się dzieckiem, a proces stawania się nim jest w istocie kurczowym trzymaniem się lalek, pluszaków i klocków, polega na obwarowaniu swojego dzieciństwa, zamknięciu wszystkich bram i opętańczej obronie przed dorosłością.

Wituś dobrze wiedział, że taka postawa nie ma najmniejszego sensu. Trzeba było przyjąć zgoła odwrotną strategię. Pewnego dnia opuścił zatem bezpieczne i ciepłe mury swojej infantylnej, sepleniącej tfiełdzy i zupełnie sam, nagi i bezbronny, zapuścił się w zdradziecki gąszcz absolutnej dorosłości.

Bez żadnej tarczy i osłony stanął twarzą w twarz z Wielkimi Problemami: Samotnością, Śmiercią, Cierpieniem i Niezapłaconym Rachunkiem Za Prąd. Każda z tych konfrontacji zmieniała go, z Witusia stał się Witkiem, by w końcu przyjąć, nieco na wyrost, miano Witolda, groteskowo na niego za duże. Potykając się nieustannie o przydługie nogawki, co krok padając na niegościnną ziemię, dotarł w końcu do granic nieobeszłej krainy. Zbadał ją wzdłuż i wszerz, zaznał całej beznadziei i upiorności, jakie kryła w swoim upiornym wnętrzu.

I dopiero wtedy, gdy posmakował wszystkich jej cieni, wrócił do swojej twierdzy, która zdążyła już wyzbyć się swej sepleniącej nazwy i nauczyła się nareszcie wymawiać „r” jak należy. Witold na powrót zawarł wszystkie bramy, i choć jego uwitoldowienie sprawiło, że głowa wystaje hen, poza obręb murów, spogląda teraz bez lęku na otaczającą go, bezlitosną krainę dorosłości.