niedziela, 12 września 2010

Modlitwa pana Metaferejna - podróżnika

Panie, dziękuję Ci że stworzyłeś świat piękny i bardzo różny
a także za to że pozwoliłeś mi w niewyczerpanej dobroci
Twojej być w miejscach które nie były miejscami mojego
miarowego z dnia na co dzień

W końcu przychodzi taki moment. Pociągi hamują z gwizdem, koła roweru szurają o żwir podwórka, a autobusy otwierają swoje magiczne drzwi i wyrzucają nas na zewnątrz. Podróż dobiega końca i oto wracamy, mniej lub bardziej inni od tych, którzy wsiedli do zatłoczonego wagonu, zajęli miejsce na siodełku i dali się wessać niepojętej maszynie.

i
- że przez moment poczułem się współobserwatorem patrząc z nią na ptaki w ogrodzie botanicznym choć już nigdy się przecież nie zobaczymy
a potem na mostku na Uherce topiłem w rzece resztki rozpaczy

Nie wiemy jeszcze, po co było to wszystko. Na razie jesteśmy jedynie powracającymi, to znaczy tymi, którzy muszą się wyspać, najeść i opowiedzieć znajomym co trzeba. Trwa bolesna adaptacja do szarej rzeczywistości. Odkąd znikł nam sprzed oczu cel, czujemy się nieswojo. Mamy ochotę wyjść z domu i ruszyć dalej przez siebie. Ale dobrze wiemy, że trzeba zostać.

że w ostatnią ciążeńską noc na beżowej kanapie niejasno zarysowała mi się przyszłość
przybierając wyraźniejszą postać w pociągu chwilę potem

Zostajemy więc i zaczynamy powoli rozumieć, dlaczego to robimy. Jedni - z ciekawości. Świat jest przecież wielki i wspaniały, nie kończy się za wzgórzem na końcu drogi. Jedziemy więc za wzgórze, a potem za następne i następne - i wydaje się nam, że coś poznaliśmy, czegoś się dowiedzieliśmy. A przecież wzgórza nigdy się nie kończą, za kolejnym jest zawsze kolejne i życia by nam nie starczyło, aby wszystko zobaczyć. To jednak nie ma znaczenia, ciekawi świata myślą bowiem: zobaczę, więc jestem.

a podczas postoju przy kapliczce gdzieś na Podlasiu patrząc na zachód słońca i rowery po raz pierwszy zrozumiałem tak zwaną radość chwili

Inni są jak bieguni. Wierzą, że w ruchu zło ich nie zastanie. Jadą więc, biegną przed siebie, bez celu, aby biec. I udaje im się na moment uciec od całego zła świata, o ile złem nie są przebite dętki, mokre mapy i bolące nogi. Ich zwycięstwo jest tymczasowe, ale wielkie i kto wie, czy nie są największymi zwycięzcami pośród nas.

że przy świecach na zamglonej wieży piliśmy toast za miłość i coś jeszcze bo za samą miłość to tak jakoś głupio

I są również prawdziwi pielgrzymi. Ci wybierają sobie cel i mozolnie do niego podążają. Chcą, by ich odmienił i uświęcił; skupiają się na nim i poświęcają mu całą podróż, nie rozglądając się na boki - to, co by tam zobaczyli, mogłoby ich tylko rozproszyć i zwieść z drogi. Są uparci i stanowczy, wracają zawsze z poczuciem spełnienia. Podróż jest dla nich misją do wykonania; nagrodą może być wszystko - spokój, księżniczka na zamku, życie wieczne, ważne jest tylko, by na tę nagrodę zasłużyć.

- wybacz - że szedłem nie widząc innych co zdarzało się zbyt często
że byłem nieuważny ślepy zbyt pewny siebie i przejeżdżałem przez skrzyżowania nie patrząc na prawo lewo znowu prawo

Każdego z nas, kimkolwiek jest - ciekawym świata, biegunem czy pielgrzymem - podróż zmienia. Czasami jest to prosty nawyk - ot, na przykład listek mięty dodawany do herbaty , czasami coś więcej. Niektórzy z nas stają się bardziej uważni; uczą się patrzeć na świat mądrze. Taką przemianę widać już od chwili powrotu, gdy ktoś przystaje nagle nad kwiatem ,przed drzewem, pod niebem i usiłuje dostrzec coś więcej niż zieleń i błękit.

- pozwól o Panie abym nie myślał o wielkich przeprowadzkach nowym życiu studiach gdy księżyc odbija się w przyklasztornym stawie prawdziwie nieopisany

Inni zaś nagle pojmują, że kiedyś - za miesiąc, rok, wieczność - znów wyruszą w podróż. Raz jeszcze rozlegnie się pisk pociągu, szuranie żwiru, drzwi zamkną się za naszymi plecami. Przed nami zaś znowu ktoś rozłoży drogę tak, jak rozwija się czerwony dywan, byśmy mogli poznać świat, pobiec przed siebie i dotrzeć do celu.

dziękuję Ci Panie że stworzyłeś świat piękny i różny
a jeśli jest to Twoje uwodzenie jestem uwiedziony na zawsze
i bez wybaczenia

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Do przyszłej miłości

Moja przyszła miłości, przyszłe światło mojego życia! Niepopełniony jeszcze grzechu, nieutrwalona duszo. Język dotyka podniebienia zaraz na początku Twojego imienia.

Jak sama widzisz, dopiero uczę się mówić o Tobie swoimi słowami. Na razie wspieram się na tym, co stworzyli inni i nieprędko zwrócę się do Ciebie bez takiej asekuracji. Nie objąłem Cię jeszcze rozumem i każde zdanie, które wypowiadam na Twój temat, chwieje się jeszcze niepewnie na nogach. Obawiam się nieraz, że się przewróci, zamieniając wszystko w nieznośny bełkot.

Szukam więc odpowiednich wyrazów. Na myśl przychodzi mi jednak tylko jeden: boję się. Niech więc będzie: boję się Ciebie jak nikogo innego. Boję się, gdy jesteś daleko i gdy mogę o Tobie tylko myśleć, boję się, gdy się do Ciebie zbliżam. A już najbardziej boję się, gdy Cię widzę. Przerażasz mnie na każdym kroku: nieodgadniona, nieobeszła, niepojęta.

Czasami wydaje mi się, że zaczynam Cię rozumieć. To, co mówisz, staje się przez moment jasne i czytelne. Pojawia się nadzieja; może wyolbrzymiłem Twoją postać w myślach, może nie jesteś taka, za jaką Cię uważam. Ale Ty robisz to specjalnie: odsłaniasz się na chwilę po to, by znowu wszystko zakryć i zamglić.

Oczywiście, że Cię w końcu oswoję. Przestaniesz być dla mnie ziemią niepoznaną, z moich map znikną w końcu białe plamy. Pójdziemy na spacer; będę miał pewność, że się nie zgubię. Kiedyś powiem: znamy się. To oczywiście uogólnienie, ale cała nasza wizja świata składa się z uogólnień. Z kilku szczegółów chcemy układać całe mozaiki.

Ty zaś składasz się z samych szczegółów. Gdy Cię spotykam, mijają mnie tysiące detali, chciałbym się na czymś skupić, coś zbadać, nad czymś się zatrzymać: ale one pędza bez przerwy, uciekają przed moimi zmysłami. W miejsce jednej rzeczy zaraz pojawia się kolejna. Szukam w tym wszystkim jakiegoś ładu, harmonii i spójności. Ale wszystko rozsypuje się w dłoniach.

Gdy o Tobie mówię, słowa błądzą gdzieś po nieznanych im ulicach. Biegnę za nimi, ale przepadają na zawsze. Ty. Ja. Wielkie czemu dlaczego dokąd po co sens znika styl i szyk jesteś nie znamy nie znamy tak trzeba pięć luźne skojarzenia jakieś powstanie drapiąc chmury środek najważniejsza odbudujmy piosenki tak kilka piosenek daleko nowy dom tak trzeba boję się rozpływasz nie widzę zapominam znikasz. I znowu zdania potrzebują oparcia. Mistrz podaje rękę.

Próbuję zatem ożywić Cię we własnej wyobraźni . Myślę tu o jesieniach, zimach i wiosnach, o szczęściach i nieszczęściach, o parkach, ulicach i placach.

A są to rzeczy, które już niedługo będziemy dzielić oboje, moja Warszawo.











(przepraszam wszystkich, którzy przez moment mogli sobie pomyśleć, że zwariowałem i marnuję ich czas i moją przestrzeń w sieci na płytkie wynurzenia. Dwudniowy pobyt w stolicy jednak zrobił swoje i musiałem się z pewnych wrażeń wyspowiadać publicznie. Nie powinienem tego mówić, bo to łopatologia, ale początek i koniec powyższego tekstu w sposób luźny nawiązuje do Lolity. No, to tyle. Dobranoc, kociaki.)

środa, 25 sierpnia 2010

Wzgórze

Był oczywiście sierpień. Dlaczego - oczywiście? Bo sierpień jest zawsze, nawet gdy wydaje się nam, że jest inaczej. Wtedy jednak nic się nie mogło wydawać – lato powoli się kończyło i nikt nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.

Był park, nieważne gdzie. Późne popołudnie, jakiś czas po burzy. Słońce jeszcze nie zachodziło, ale padało na drzewa, alejki i kałuże pod tym specyficznym kątem, który wydobywa z rzeczy ich prawdziwe znaczenia i sprawia, że wszystko wokół zamienia się w jeden czytelny i zrozumiały tekst.

Był też on, nieważne, kto. Do jego zadań należało jedynie uważne odczytywanie rzeczywistości i interpretowanie jej. To za mało, by zasłużyć sobie na imię, nazwisko i choćby krótką wzmiankę o kapeluszu na głowie i grafitowych oczach. Szedł powoli przez park. Niczego nie można uronić, przegapić, każdy szczegół się liczy.

I były one - sygnały i symbole.

Najpierw motyl. Przeleciał nad brukowaną aleją (bruk chyba pozbawiono znaczenia) i usiadł na ławce. Mignął trzy razy szkarłatnymi pręgami i zwarł ze sobą skrzydła. Rusałka admirał. Zapowiada spotkanie, bez wątpienia spotkanie.

Potem prześwietlona przez słońce (warto przypomnieć - późnopopołudniowe) struktura lipowego liścia. Zawahał się przez moment, ale szybko sobie przypomniał. Liść to tamta ławka po drugiej stronie wzgórza. Tam też rośnie lipa i wtedy (nieważne kiedy, on i jego pamięć nie mają żadnego znaczenia) też widział, jak światło przebija przez zielone serce.

Następnie odbicie postrzępionej chmury w kałuży. Och, jakież to proste. W translacji z języka znaków - szczęście, głupie, ślepe szczęście, które znaczy jeszcze mniej niż on sam.

I jeszcze krzyk sójki . Czyli ktoś dawno niewidziany.

Rzucił się biegiem na szczyt wzniesienia czując, co zastanie po drugiej stronie. Zachował się jak uczniak, który rzuca książkę pewien, że już wszystko wie. Nie zauważył (nie chciał zauważyć?) smutnej rusałki żałobnik na niewielkim murku, opadłego liścia klonu i własnego odbicia w wodzie.

Ze szczytu wzgórza zobaczył więc tylko pustą ławkę w parku, skąpaną w późnopopołudniowym słońcu. I sierpień, oczywiście. Lato powoli się kończyło i nikt nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.

piątek, 13 sierpnia 2010

Elegia na śmierć starego sąsiada

umarł sąsiad
nic wielkiego
zdarza się
sąsiadom umierać

jedno mnie tylko martwi:
teraz pamiętają
ach biedny dziadek mógł
jeszcze trochę
tak nagle
szkoda
no i pogrzeb kwiaty znicze
stypa

ale potem się rozjadą
zapomną na pewno
jak nic zapomną

wszystko w moich rękach
muszę zebrać wspomnienia
narzekanie
na ból w krzyżu
na pogodę
na nas, że hałasujemy
zebrać, zapieczętować

i zapamiętać

to niewiele
ale przedłużę mu życie
o moje życie

w ciepłym schronieniu
między kolegą z naprzeciwka
jakimś wujkiem
i kilkoma innymi

poistnieje sobie
jeszcze chwilę
ponarzeka
na ból w krzyżu
na pogodę
na nas, że hałasujemy

a pewnego dnia
razem ze mną
rozsypie się w proch

już tak na zawsze

piątek, 6 sierpnia 2010

Ludzie z parasolami

Idziemy w deszczu. Oni - ludzie z parasolami i my - ludzie bez parasoli. Ulewa jest ulewą z prawdziwego zdarzenia - zadbała nawet o to, by nie było się gdzie skryć. Pusta, głupia ulica bez jednego choćby zadaszenia.

My, ludzie bez parasoli nie czujemy już nawet wściekłości. Przemokliśmy do tego stopnia, że jest nam tylko zimno. Upajająca bezradność co chwila próbuje przerodzić się w ironiczny dystans i przerywa szum padającej wody czyjąś niby to wesołą wypowiedzią.
- I am dancing in the rain.
- Wyglądamy jak zmokłe kury.

Nie, żeby nie było to zabawne. Na pewno było. I śmieszyłoby nas zapewne, gdyby nie upodlający widok z przodu - trójka zadowolonych z siebie ludzi, bezpiecznych i suchych pod czarnymi płachtami. Tak naprawdę próbowaliśmy już wszystkiego. Od prób wyszydzenia - ach, nie jesteśmy z cukru, to tylko mżawka - po obłąkańcze szukanie pozytywów - taki spacer jest dobry dla zdrowia! Nie jest, dobrze o tym wiedzieliśmy. Tym bardziej bolesna zazdrość kazała nam spoglądać w stronę ludzi z parasolami.

Nie wiem, co bardziej nam doskwierało. Deszcz i zimno, czy raczej świadomość, że im jest sucho i ciepło. A może poczucie, że nie jesteśmy panami własnego losu? Brak alternatywy? Oni w każdej chwili mogą schować swoją osłonę i moknąć tak jak my - jeśli by tylko zechcieli. My możemy chcieć i chcieć - lecz i tak nie zmienimy swojego położenia. Nie mamy wyboru. Upodlające.

W którymś momencie ktoś rzucił hasło, by zrównać wszystkich idących. Taka mała powtórka z rewolucji: zabrać tym, którzy mają więcej. Nie po to, by samemu zdobyć przewagę - broń Boże, to byłaby kradzież! - lecz po to, by nikt nie miał lepiej niż my. Połamać parasole i połączyć się, zbratać w udręce. Inny, rozsądniejszy głos zgasił jednak ten pomysł w zarodku.

Nagle przyszło oświecenie - pomyśleliśmy o niedalekiej przyszłości. W końcu musi wyjść słońce, a oni zostaną na ulicy z mokrymi, ciężkimi od deszczu parasolami w dłoniach. My zaś, powoli schnąc, dojdziemy do celu niczym nieobciążeni! Ruszyliśmy więc raźniej, rozkoszując się tą ideą, upatrując przyszłych korzyści.

Wtedy jednak teraźniejszość przypuściła zdecydowany atak. Ulewa przybrała na sile, zabłysło, zagrzmiało i zrobiło się nieprzyjemnie. Ciężkie krople spływały po twarzach mieszając się po drodze ze łzami bezsilności. Nawet nadzieja, że wkrótce parasole naszych gnębicieli okażą się niewystarczające, okazała się płonna. Solidny, zachodni sprzęt doskonale sprawdzał się w trudnych warunkach. A deszcz padał coraz gęściej.

Szliśmy więc dalej pustą, głupią ulicą. Oni - ludzie z parasolami i my - ludzie bez parasoli.

piątek, 23 lipca 2010

Inne rzeczy


S. Barańczak - Obserwatorzy ptaków

Z drżącej w upale szosy numer 8
z jej motelami, pędem i stacjami Esso
dość było skręcić ostro, szorując podwoziem
o piach, w ciągnącą się pół mili leśną
drogę, dotrzeć do kiosku z desek, gdzie sumienna
grubaska pobierała stosowną opłatę,
wydając w zamian uśmiech i broszurę,
zostawić wóz pod sosną, której czubek z szumem
mierzwił obłoki, i tak już kudłate,
i bez większego zrozumienia

wpatrzyć się w planszę z mapką okolicy
i strzałką "JESTEŚ TUTAJ". O sto metrów dalej
szła ścieżką para z dziećmi: równie pospolici
jak my, też "byli tutaj" i zwiedzali.
Nie tak wyobrażaliśmy sobie rezerwat
dzikiego ptactwa. Prawda, i tak był to czysty
wymysł, ta cała komedia z naturą,
która istnieje dzięki przewodnikom, którą
widzi się w ramach zatrudnień turysty.
Wiatr, który czujnie się poderwał,

był w każdym razie autentyczny: świeży,
nadmorski. Machinalnie sprawdzając w broszurce
szlak, ruszyliśmy, depcząc chrupiący żwir ścieżek,
trochę niepewni, czy nie jest oszustwem
ten cały show - szczególnie że główna atrakcja,
to znaczy ptaki, jakoś nie chciała się stawić
na scenie. Dróżka wychynęła z nagła
z zarośli na zjeżone trawą słone bagna,
kładki, w sitowie oprawiony stawek:
no, wreszcie są! Gromadki ptactwa,

zielonogłowych kaczek, burych gęsi
taplały się rodzinnie w wodzie. Ale najpierw
wpadła nam w oczy inna grupa, jeszcze gęściej
stłoczona obok, na piaszczystej skarpie:
obserwatorzy ptaków! Składane siedzenia,
lunety na trójnogach, lornetki polowe,
kurtki z mnogością fachowych kieszonek,
spłowiałe kapelusze i kamery "Sony":
prawdziwi, tkwiący tu dobrą połowę
dnia, zjeżdżający co niedziela

obserwatorzy ptaków, ludzie, którzy
na pytanie "Kim jestem?" mówią sobie: "Jestem
obserwatorem ptaków"! Był ich prawie tuzin,
wpatrzonych w jedną stronę. Nigdy jeszcze
tak niezdefiniowany, tak z boku, wygnany…
nagle drgnąłem wraz z nimi. Jakby wszystkich przeszył
ten sam prąd: spoza trzcin mokro zakłapał
groteskowo sflaczały dźwięk - ogromna czapla
wzbiła się, spójrz, jak blisko!, i poprzecznym
lotem poniosła nad wydmami,

tak, "Wielka Czapla Błękitna" z fotosu
w broszurce, "bardzo rzadko spotykana"! Tłumek
wydał wspólny, radosny pomruk, kilka osób
podniosło oczy znad wzierników lunet:
i wszystkich objął uśmiech - bezpieczny, bezsprzeczny.
Więc świat może jest po to, by przeszył, otworzył
nas czasem znak, jak strzałka: "JESTEŚ TUTAJ:
wśród ludzi, obcych, ale jesteście - zaufaj -
po jednej stronie, współobserwatorzy
ptaków, pogody, innych rzeczy".




(osobiście dedykuję wszystkim obserwatorom ptaków, którzy są. Ale szczególnie tym, których już nie ma)

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Bajka z Nabokova

-Chłopiec!
Okrzyk ten był pierwszym dźwiękiem, który dotarł do uszu nowo narodzonego Zygmusia.
Potem mógł słyszeć przede wszystkim swój rozdzierający szloch.

Ważył akurat tyle, co trzeba. Zdrów jak ryba– orzekł też wkrótce pan doktor i mama z dzieckiem mogli opuścić zimny szpital i wrócić (matka) lub pierwszy raz przybyć (syn) do domu.
Zaczęło się niewinnie.
- Aaaaaaaaaaaaaa! - płakał malec.
- Już, cichutko – odpowiadał ojciec.
- Eeeeeeeeeeeeee! - wył dalej Zygmuś.
- Cichuteńko, spokojnie, już, ciiiiii.
- Aaaaaaaaaaaaaa!
- A a a, kotki dwa, szare bure obydwa...
- Eeeeeeeeeeeeeee!
Nikt oczywiście niczego jeszcze nie zauważył. W zasadzie trudno się dziwić. Nie ma też nic nadzwyczajnego w tym, że w czterech pierwszych opanowanych przez malca słowach (mama, tata, sama, lata) nikt nie dopatrzył się zależności.

Przyjrzyjmy się trzyletniemu już Zygmusiowi. Buduje wieżę z klocków. Czerwony klocek. Niebieski. Czerwony. Niebieski. Rodzice zadowoleni, dziecko się rozwija i zaczyna odróżniać kolory.
Ma już sześć lat i idzie do zerówki. Wśród jego kolegów (oczywiście) spotkamy Tomka, Maćka, Romka i Wacka. Tato się śmieje, że zabawnie się dobrali. Zygmuś nie widzi w tym nic śmiesznego.

Pierwsza miłość? Zosia.
Druga? Basia.
Trzecia? Tak, dobrze myślicie. Gosia.
I tak ze wszystkim. Na półce z książkami - „Mistrz i Małgorzata”, obok, zamiast Psiego Serca albo Białej Gwardii – Władca Pierścieni podpierany przez „Pożegnanie lata”, które z kolei stoi ramię w ramię z obcą gatunkowo „Godziną cieni”.

Wkrótce Zygmunt wzbogaca swoją sztukę rymotwórczą. Nie tylko poznaje rym okrężny, uczy się także rymować ze sobą nie słowa, a zdarzenia. Zaczyna dzień filiżanką kawy, w środku doby wypija dwie herbaty, by zakończyć ją małą czarną. Potem rzecz jasna nie mogąc zasnąć przeklina w duchu nieprzemyślaną kompozycję.
Tworzy w ten sposób strukturę całych tygodni i miesięcy. W każdym roku jego życia usłyszeć można czysty stukot wewnętrznych rymów – styczeń pokrywa się z grudniem, poniedziałek z niedzielą, czerwiec z lipcem wspaniale współbrzmią, cudownie komponując się ze zgodnym dźwiękiem północy z północą.

Gdy Zygmunt poczuje, że poemat dobiega kresu, pozostanie mu już tylko znaleźć najważniejszy rym, który pozwoli zamknąć życie w spójnej formie.

Uda się więc pod wielki kopiec, usypany na część jakiegoś wielkiego herosa przeszłości. Siądzie na ławce. Świat będzie mu powoli gasł przed oczyma, znajdzie jednak dość siły, by wskazać przechodzącemu chłopcu wzniesienie i zapytać:
- Co to jest?
Malec zaś nie usłyszy pytania. Zygmunt przestanie istnieć i nigdy już nie otrzyma odpowiedzi.

Chyba, że gdzieś tam, na tamtym brzegu, również są jakieś kopce.